April obudziła się z krzykiem, zrywając się z łóżka cała zlana zimnym potem.
-Co za koszmar..Jestem kompletnie wykończona.
Pewnie przez całą noc rzucałam się w łóżku - przeciągnęła się i przetarła oczy, próbując otrząsnąć się z wrażeń minionej nocy -
Ależ tu gorąco, nie dziwię się że ciągle mam te okropne sny.
Przez ostatni tydzień, dosłownie gotowałam się we własnym pocie..i nie zanosi się żeby miało się ochłodzić, to kolejny słoneczny dzień w Newport.
Całe szczęście że w studiu jest dobra klimatyzacja, obiecałam sobie że przepracuję większość dnia i nie zamierzam złamać tej obietnicy.
Powoli wstała i rozejrzała się po pokoju.
Nie był on może wielki czy luksusowy - małe łóżko, szafa, biurko i kilka metrów wolnej przestrzeni między nimi, a z okna rozpościerał się widok na inny budynek, zasłaniający całkiem krajobraz - ale sprawiał wrażenie przytulnego. No i miała tu spokój.
April podeszła do szafy i wygrzebała z niej pierwsze lepsze ciuchy, ubrała się i wyszła z pokoju.
Na korytarzu czekała na nią pierwsza niemiła niespodzianka tego dnia - Zack Lee.
Dziewczyna szczerze go nie znosiła i trudno się temu dziwić - ich ,,rozmowy" zawsze zaczynały się nieudolnymi próbami Zacka by poderwać April a kończyły kłótniami.
-Hej! Hej mała, wyglądasz dziś wyjątkowo seksownie..- rzucił Lee na powitanie, z tym swoim uśmieszkiem przyklejonym do twarzy
-Słuchaj, Zack, nie mam czasu i...
- Co jest, April? Jak życie? - przerwał jej, najwyraźniej nie zamierzając odpuścić
- Było całkiem fajnie, dopóki ty się nie pojawiłeś - rzuciła pogardliwie, nie mając najmniejszej ochoty dalej prowadzić tej rozmowy.
Zack nie przejął się jednak zbytnio jej złośliwym komentarzem i kontynuował dalej.
-Co? Słuchaj, może byśmy wyskoczyli gdzieś razem, dziś wieczorem? Moglibyśmy walnąć parę Transów, poprzytulać się w tańcu..Co ty na to?
-Nic z tego, Zack - odparła stanowczo.
- Wrócisz do mnie na kolanach, gdy zrozumiesz swój błąd..- prychnął i wrócił do swojego pokoju.
- Dupek..- skwitowała krótko April i w końcu zeszła na dół, do salonu.
Akurat siedziała tam Fiona, jedna z właścicielek Domu Granicznego - bo tak właśnie nazywała się stancja w której mieszkała Ryan - jak zwykle marnując cały dzień na oglądaniu telewizji.
April przypomniała sobie że ostatnio zgubiła pierścionek i miała zapytać o niego właścicielkę.
- Dzień dobry, Fiona - powitała ją przyjaźnie i usiadła obok.
- Dzień dobry, kochanie, wcześniej dzisiaj wstałaś - uśmiechnęła się szeroko - Blado wyglądasz, dobrze się czujesz?
-Nie mogłam spać, miałam..okropne koszmary
-Znowu? - zmartwiła się - Ale nie tylko ty. Mickey obudziła mnie krzykiem w środku nocy i nie chciała wrócić do łóżka, dopóki nie zrobiłam jej ziołowej herbatki.
-To niepodobne do Mickey.
- Wiem, kochanie. Nie mów jej że ci to powiedziałam, ale nigdy wcześniej nie widziałam jej tak poruszonej. Wystraszyła mnie jak diabli.
-Nie wiem skąd się biorą te koszmary...może to ze stresu. W końcu niedługo wystawa.
-Och tak, wystawa w Akademii - ucieszyła się Fiona - Jak przygotowania?
-Nawet nie pytaj. Nie wiem jak ja namaluję te obrazy.
Od wieków nie miałam inspiracji - odparła zrezygnowanym tonem.
- Za ciężko pracujesz. Żyj, ciesz się młodością, inspirację można też znaleźć w rozkoszach.
-No nie wiem, ale w twoim przypadku najwyraźniej się to sprawdza.
- W tej kwestii jestem ekspertem, zapytaj Mickey.
Powie ci że palcem nie ruszam, chyba że jest to absolutnie konieczne - roześmiała się głośno i jakby dla potwierdzenia rozwaliła się jeszcze wygodniej na kanapie.
- Prawie bym zapomniała...widziałaś gdzieś może mój pierścionek? Jest na nim napisane ,,Słodka Szesnastka".
Fiona uśmiechnęła się, sięgnęła do kieszeni i podała April mały pierścionek.
-To ten, prawda? - spytała - Znalazłam go zupełnie przypadkiem pod kanapą, kiedy odkurzałam
- Dokładnie ten. Nie jest szczególnie cenny, ale ma dla mnie pewną..wartość sentymentalną.
Tak naprawdę April sama nie rozumiała czemu darzyła pierścionek takim sentymentem.
Dostała go od ojca i był to jedyny prezent w życiu jaki jej ofiarował...oczywiście poza ponurymi wspomnieniami domu, które nadal nie dawały jej spokoju.
Zdecydowanie nie chciała teraz o tym myśleć.
-Lepiej już pójdę - pożegnała Fionę, i wyszła na zewnątrz, na zalany słońcem plac przed Domem Granicznym.
Na malutkiej ławce, chowając się w cieniu przed słońcem siedział długowłosy mężczyzna.
Na oko po sześćdziesiątce, o niespotykanych w tych okolicach latynoskich rysach twarzy...szczerze ostatnimi czasy przesiadywał tu ciągle, i nikt dokładnie nie wiedział skąd nagle wziął się w Małej Wenecji.
April zresztą niespecjalnie to interesowało - wiedziała tylko że miał na imię Cortez i wydawał jej się niepokojący, a od czego jak czego, ale od kłopotów zamierzała trzymać się jak najdalej.
-Oye, señorita! - zakrzyknął nagle, machając na powitanie - Jak się dziś czujesz, piękna señorito?
-Gorąco mi..- odparła, wzdychając lekko - Wolę chłodne i deszczowe dni..
- Lato w Newport nigdy nie jest przyjemne, a zanim będzie lepiej ma być jeszcze gorzej.
Podobno zbliża się kolejna fala upałów.
- Tak, słyszałam..poradzisz sobie? Nie jesteś ubrany odpowiednio na taką porę.
-Poradzę sobie. Choć wolę chłodne i deszczowe dni, tak jak ty. Tak w ogóle, to wolę świat w czarno białych kolorach, jak we wszystkich dobrych filmach.
Ale...to nie przez ten upał jesteś nieszczęśliwa, prawda? Męczą cię koszmary..- rzekł spokojnie, przyglądając się bacznie dziewczynie, która odsunęła się nagle, wystraszona i zdezorientowana.
,,Skąd on w ogóle wie o moich koszmarach? - pomyślała, nie spuszczając wzroku z mężczyzny - Obserwuje mnie, może śledzi..wiedziałam że coś z nim nie tak!"
- Boisz się ich. Boisz się że twoje koszmary mogą być prawdziwe..
- Kto ci powiedział o moich koszmarach? - spytała, zdobywając się w końcu na odwagę.
- Nikt. Widzę je w twoich oczach. Widzę duchy które cię prześladują - odparł tajemniczo, wciąż tym spokojnym tonem
- Nie wiem z kim rozmawiałeś, ale od tej chwili trzymaj się z dala odemnie i mojego prywatnego życia!
-Nie unoś się, señorita Ryan. To przeznaczenie.
- Przeznaczenie? Nie obchodzi mnie co sobie myślisz ale...zostaw mnie w spokoju! - podniosła głos, powoli przestając nad sobą panować.
-Jeśli nie stawisz czoła koszmarom, będą się powtarzać. Wkrótce będziesz je widzieć nawet na jawie.
- Potrzebujesz pomocy, wiesz?
- Wszyscy potrzebujemy, April. Dlatego tu jesteśmy, ty i ja.
-Dosyć! Nie muszę tego słuchać.
- Proszę, przemyśl to. I jeszcze jedno...bądź ostrożna.
April odeszła bez słowa, z wielkim mętlikiem w głowie.
Kim był ten człowiek? Skąd wie o tym wszystkim? Może powinna komuś powiedzieć?
Te i sterta różnych pytań krążyły jej po głowie, jednak jednego była pewna - nie chciała mieć z nim więcej nic do czynienia.
Wyszła w końcu z wąskiej uliczki prowadzącej do Domu Granicznego na jakby środkową część Małej Wenecji.
Sama Wenecja była wyjątkowo małą dzielnicą - zaledwie kilka uliczek na krzyż.
Niegdyś będące fabrykami budynki, obecnie pełniły funkcję domów czy stancji dla studentów, a kanałami okrążającymi całą dzielnicę wciąż płynęła woda - o ile można było ją tak nazwać, biorąc pod uwagę poziom jej czystości.
Miała też i swoje niepokojące tajemnice - poczynając od wielkiego zegara, który jak głosiła tablica, zatrzymał się dokładnie przed stu laty, podczas niesławnej rzezi, jaką policja przeprowadziła na bezdomnych, aż po tajemnicze drzwi obok tutejszej kawiarenki, które wyglądały jakby znalazły się tam zupełnie przypadkiem i nikt nie potrafił ich otworzyć.
Mimo to wszystko, Mała Wenecja była taką prawdziwą oazą spokoju, w samym środku wielkiej i hałaśliwej betonowej dżungli jaką było Newport.
April nie zamierzała tracić ani chwili dłużej - w końcu miała do skończenia jeszcze obrazy - więc poszła już prosto do Akademii. Zresztą miała nadzieję że malowanie pozwoli jej się oderwać od myśli które ciągle krążyły jej po głowie nie dając spokoju.
Pracownię dzieliła z Emmą - swoją przyjaciółka, która jednak nie zajmowała się malowaniem a holorzeźbiarstwem - i była w tym naprawdę dobra.
April zawiesiła wzrok na krótką chwilę na jednej z ostatnich rzeźb Emmy, po czym usiadła do swojego płótna, i przeklinając swój brak inspiracji, zaczęła malować.
- Cześć - zawołał nagle kobiecy głos zza jej pleców.
- Emma? Nie spodziewałam się że cię tu dzisiaj zastanę - zdziwiła się lekko i odeszła od swojego stanowiska pracy.
-Ja też.. jesteś zajęta?
-Nie. To znaczy jestem, ale i tak miałam już skończyć na dzisiaj. Dlaczego pytasz? Coś się stało?
- Mam dla ciebie ważną informację.
- Od kogo? - zdziwiła się jeszcze bardziej.
- Możesz mi wierzyć lub nie, ale od Corteza. Chce się z tobą spotkać - to dokładnie jego słowa - ,,tam gdzie dzieciaki przedstawiają swoje sny".
-..przedstawiają sny? Co to ma znaczyć?
- Myślałam że ty będziesz wiedzieć. Właściwie to dlaczego chcecie się spotkać? Och, nie mów, macie romans!
- Jasne, dziś w nocy uciekamy do Afryki..to się stało tak szybko! Moje serce trzepocze! - rzuciła sarkastycznie, zastanawiając się czemu w ogóle dalej ciągnęła tę rozmowę - Rozmawiał z tobą o koszmarach?
- Nie, dlaczego? - zdziwiła się Emma.
- Nie wiem, po prostu...moje sny coraz bardziej zaczynają mnie martwić.
- A ty znowu o tych swoich snach - westchnęła ciężko - Popadasz w obsesję, April. To tylko sny! Czasem banan to po prostu..banan.
- A smok to po prostu smok?
- A co ma z tym wspólnego smok? No nie, nie mów że śniły ci się smoki - roześmiała się, jednak po chwili zpoważniała lekko * Będę tego żałować, ale..co się stało w twoim śnie?
- Więc...był sobie smok. Ale nie taki zwykły. Mówiący. A właściwie to była ona. Smoczyca.
-Co? Poznałaś po spódnicy, wysokich obcasach i szmince?
- Skoro nie chcesz potraktować moich snów poważnie, to po prostu przestanę ci je opowiadać - prychnęła - Mówisz tak jakbyś miała prawo z nich żartować. Oglądałaś ostatnio swoje rzeźby?
- Och, to było podłe..uderzyłabym cię, gdybym nie była taka głodna. Idziemy na obiad do baru, idziesz z nami?
- Wpadnę tam, jak tu posprzątam - obiecała.
Emma poszła, a April zaczęła zabierać się za porządkowanie pracowni.
Choć była teraz zdenerwowana na Emmę za naśmiewanie się z jej snów, z jednej strony ciężko było jej się dziwić - w końcu sama dobrze wiedziała jak to wszystko brzmi.
No i ten Cortez...czego ten człowiek mógł chcieć.
Pogrążona znów we własnych myślach April myła właśnie ręce, gdy nagle usłyszała za sobą podejrzany dźwięk, a kiedy się obróciła...rzeźba Emmy ożyła! Wisiała kilka chwil przed wystraszoną dziewczyną, po czym wróciła z powrotem do formy holografu.
-O..o..okej..to nie był sen..- powiedziała sama do siebie, roztrzęsionym głosem i wybiegła szybko z Akademii, zwalniając dopiero przy kawiarence, do której miała właśnie zamiar się udać.
Fringe Café, bo tak zwał się lokal, był jedną z tych ciasnych, ciemnych, acz wyjątkowo przytulnych kawiarenek.
April lubiła to miejsce, mimo iż praca nie była łatwa, a Stanley - właściciel, był wyjątkowo upierdliwym i skąpym człowiekiem.
No i pracował tu z nią jej najlepszy przyjaciel, pierwsza osoba która jej pomogła po przyjeździe do Newport.
W pewnym sensie nawet przypominał jej samą siebie, oboje uciekli z domu by wszystko zmienić.
-Cześć Charlie! - powiedziała na powitanie, podchodząc do baru
-April, dziewczyno, dobrze cię widzieć.
Chciałem cię obudzić dziś rano, ale już cię nie było. Kto rano wstaje temu pan Bóg daje?
- Nie, kto rano wstaje ten na czas kończy cholerne obrazy - westchnęła, a Charlie roześmiał się głośno - Widziałeś gdzieś dzisiaj Corteza?
-Owszem, pytał o ciebie.
Pytał gdzie jesteś. Miał dla ciebie wiadomość. Powiedziałem żeby zostawił ją Emmie, bo ona miała się wcześniej z tobą spotkać.
- Nie wiesz gdzie mógł się wybierać?
- Nie, ale chyba oglądał plakat koło szafy grającej.
- Muszę lecieć Charlie, przepraszam...- pożegnała się i poszła wgłąb sali, w stronę szafy grającej.
Właściwie wciąż nie rozumiała dlaczego to robi. Cortez napawał ją strachem i nie wiedziała czego może się po nim spodziewać, ale w głębi duszy czuła że może znać odpowiedzi na jej pytania.
A po tym wszystkim co dziś się stało, zdecydowanie tych odpowiedzi potrzebowała...
- 'Galeria Roma przedstawia: Bóle Dorastania, wystawa dzieł dzieci i nastolatków' - wyczytała April z plakatu, zabierając od razu przyklejony doń bilet - Czy to nie o tym mówił Cortez? Tam gdzie dzieciaki przedstawiają swoje sny...teraz jeszcze tylko wziąć wypłatę, bez tego nie dostanę się do tej galerii..
-Stan! Stanley? - podeszła niepewnie do siedzącego przy barze łysego faceta przy kości.
- Co ty tutaj robisz? - burknął Stanley - Nie chcę żeby moi kelnerzy pracowali 24 godziny na dobę. Zmykaj spać!
-Sądziłam, że byłbyś zachwycony gdyby twoi pracownicy mieli 24-godzinne zmiany..
- Och, nie zrozum mnie źle, niczego bardziej nie pragnę. Ale widzisz, z jakiegoś powodu to nielegalne.
- To smutne...ale masz rację, dziś nie pracuję. Przyszłam tylko po wypłatę.
- Cholera..dziewczyno, nie wiesz że już mnie boli głowa? Wypłata...dlaczego to słowo brzmi tak ochydnie..- złapał się za głowę, kręcąc nią z niedowierzaniem - No dobra, masz swój grafik?
April wyjęła małą karteczkę z kieszeni, i podała szefowi.
- Hmm...che? Co to? Czy ja to naprawdę podpisałem? O czym ja wtedy myślałem?
Ale teraz nie dostaniesz pieniędzy. Za tydzień kochanieńka.
- C..co? - oburzyła się April - W takim razie odchodzę.
- Odchodzisz? Cholera! Nie możesz odejsć. Wiesz jak trudno znaleźć kogoś do tak parszywej roboty? Jesteś mi potrzebna!
- Równie potrzebna jak pieniądze?
-No...no dobra, już dobra, dam ci te cholerne pieniądze! - wziął kartę kredytową od April i przelał na nią jej wypłatę - Za dużo wam płacę...a teraz wynoś się i zostaw mnie w spokoju z moim wrzodem i migreną!
April nie trzeba było powtarzać dwa razy, odeszła od baru i przysiadła się do Emmy, która prowadziła właśnie ożywioną rozmowę ze swoim znajomym, Marcusem, na temat jakiegoś serialu.
Próbowała nawet przyłączyć się do nich, jednak myślami uciekała ciągle do swoich snów, ożywającej rzeźby i Corteza, więc zjadła tylko i wyszła z Fringe Café, przepraszając Emmę za swoje dziwaczne zachowanie.
Powoli zbliżał się wieczór, więc czasu nie zostało już dużo - April od razu pobiegła do metra, przeszła przez skaner, wykupiła bilet na cały tydzień i wsiadła do pociągu, zatrzymującego się przy moście Waterdown, zaraz przy Galerii Roma.
Sama Galeria nie była wielka - szybko odnalazła Corteza - stał przed jednym z obrazów, wpatrując się w niego prawie bez ruchu.
- Zjawiłaś się w ostatniej chwili..- rzekł spokojnie Cortez, odwracając w końcu wzrok od obrazu
- W ostatniej chwili? Zajęło mi to...
- Zobacz, ten obraz tutaj - przerwał jej nagle - Przyjrzyj się.
- Co do dzisiejszego ranka...
- Przeprosiny przyjęte señorita. W upalny dzień głowy też są gorące.
Po prostu spójrz na ten obraz.
- Ale ja nie..- poddała się i spojrzała w końcu na malunek, w który tak intensywnie wpatrywał się Cortez - Kto to namalował? Ładna robota.
- Jeden chłopak, nazywa się Warren Hughes. Nie tak dawno temu. Całkiem nieźle znałem jego i jego rodzinę. Ale już nie maluje.
Ale o tym obrazie można powiedzieć coś więcej niż ładny. Przypatrz się. Co widzisz?
- Widzę chłopaka obejmującego dziewczynę.
To pewnie kochankowie, a ona go porzuca. Wygląda na przygnębionego.
- Tak tak, ale nie myśl o treści. Co widzisz?
- Metaforę straty? - spytała niepewnie.
- Metafora! Kogo obchodzą metafory? Co widzisz? - powtórzył po raz trzeci, nie dając za wygraną.
April miała już szczerze serdecznie dość upierdliwości Corteza. Coraz bardziej wątpiła żeby całe to spotkanie miało jakikolwiek sens, nie mówiąc już o uzyskaniu odpowiedzi na jej pytania.
Z drugiej strony..co miała do stracenia?
- Widzę sztukę - odparła zdecydowanym, pewnym głosem.
- Dobrze. A poza sztuką?
- Technikę? Złudzenie..a może prawdę? - zapytała jakby bardziej siebie, a Cortez w końcu się rozradował.
- Tak, prawdę. Ten obraz, to konretne dzieło sztuki, przedstawia prawdę. Ma duszę.
Ma duszę ponieważ ma tożsamość, serce. Wspomnienie tego obrazu pozostanie, zapadnie ci w pamięć, stanie się elementem twej podświadomości.
Robi to na tobie silne wrażenie i właściwie nie wiesz dlaczego.
- To tylko obraz jakiegoś dzieciaka. To nie Picasso ani Monet - odrzekła z powątpiewaniem
- Teraz mówisz o technice. Nie wszystkie obrazy Van Gogha czy Michała Anioła to prawdziwa sztuka, choć wszystkie prezentują wspaniałą technikę i rzemiosło.
Bazgroły pięciolatka rzadko imponują techniką, ale mogą być prawdziwym dziełem sztuki, mogą mieć duszę.
- Więc mówisz że ,,prawdziwej sztuki" nie budują umiejętności artysty? Więc czym jest sztuka, skoro każdy może stworzyć coś bardziej ,,prawdziwego" niż artysta który całe życie poświęcił na rozwijanie swych umiejętności?
- Sztuka wciąż jest dziełem artysty. Umiejętności, technika, rzemiosło..te elementy mają kluczowe znaczenie dla końcowego sukcesu twórcy. Ale same w sobie są tylko narzędziem.
Artysta musi przekazać, przenieść do swego dzieła część własnego ja, przekroczyć granice złudzenia i osiągnąć prawdę dzieła sztuki.
- A czym jest ta..prawda dzieła sztuki? - spytała, już całkiem zmęczona tym wykładem.
- Kto to wie? Od lat zadaję sobie to pytanie.
- Więc nie wiesz? - zdenerwowała się April - Więc po co to wszystko? Te wykłady o prawdzie i złudzeniu?
Tak w ogóle to po co właściwie poprosiłeś mnie żebym tu przyszła?
Przez całe popołudnie latałam po Wenecji, próbując rozszyfrować wiadomość, wydawałam na metro pieniądze, których nie mam za wiele, a wszystko po to, żeby słuchać o..o...
-Zobaczyłaś coś dzisiaj. Budzący się sen. I nie potrafisz tego wyjaśnić. Dlatego tu jesteś, nieprawdaż?
Tego już było dla April za wiele. To było oczywiste że ten dziwak ją śledził! Bo niby skąd indziej mógł wiedzieć co się stało w jej pracowni..?
- Czy nie mówiłam ci, żebyś nie mieszał się do mojego prywatnego życia?
- Tak, mówiłaś. Ale postanowiłem cię nie słuchać.
Mój pogląd na prawdę i sztukę jest taki, April. Niektóre rzeczy wyglądają na prawdziwe ale nie są prawdziwe. A niektóre wydają się pozornie bez znaczenia, a są bezcenne. Tak jak ten obraz Warrena. I twoje sny. W snach są zarówno złudzenia jak i prawda. Problem polega na tym, żeby je rozdzielić. Chcę ci powiedzieć że coś się święci, i że potrzebujesz pomocy, żeby je rozdzielić. Mojej pomocy.
- No cóż, to by pomogło - westchnęła - Nie..właściwie nie rozumiem ani słowa, mówisz o sztuce, prawdzie, snach i złudzeniach a ja dalej nie wiem co to ma wspólnego ze mną?
Dzieją się różne rzeczy i jestem tutaj, bo liczyłam, że może jesteś wystarczająco szalony żeby mi uwierzyć, pomóc..uporządkować wszystkie elementy i znaleźć satysfakcjonujące wyjaśnienie.
Ale nie, ty mi mówisz że moje sny mogą być prawdziwe i że ,,coś się święci" - prychnęła.
- Esta bien...rozumiem twoje wątpliwości. Ale tu i teraz nie mogę cię przekonać. Spotkajmy się jutro, a wszystko ci wyjaśnię.
- Nie. Nie obchodzi mnie to, chcę po prostu normalnie żyć, bez koszmarów ani cholernych wizji, i bez obcych którzy mówią mi że coś się święci. Comprende, amigo?
- Mój boże, już tak późno? Muszę lecieć, señorita Ryan. Zobaczymy się jutro.
Cortez wyszedł zostawiając April w galerii, zawiedzioną i roztrzęsioną. Miała już serdecznie dość dzisiejszego dnia, wsiadła w pierwszy pociąg który nadjechał i wróciła do domu.
W salonie na kanapie wciąż siedziała Fiona, ale tym razem towarzyszyła jej Mickey.
- Siedzisz tu cały dzień? - spytała April, przysiadając się obok
- Prawie kochanie - odpowiedziała Fiona - Czuję że zamieniam się w roślinę. Raz wystawiłam głowę za drzwi, tak na minutę, ale rozmyśliłam się. A co u ciebie?
- To był...dziwny dzień.
Zdarza ci się, że nie jesteś pewna czy się obudziłaś czy nadal śpisz?
- Mam tak każdego ranka. Ale filiżanka kawy załatwia sprawę - roześmiała się - Może obejrzysz z nami wieczorem film? Odstresujesz się od tego wszystkiego...
- Chętnie - pokiwała głową April i poszła do swojego pokoju.
Wykąpała się, przebrała i zeszła z powrotem na dół, do salonu.
Film okazał się być długi, robiło się coraz później i April robiła się coraz bardziej senna, jednak postanowiła zostać do końca.
Mijały kolejne minuty, gdy nagle...z telewizora błysnęło jakieś oślepiające światło. W jednym momencie salon zniknął, a April z Fioną i Mickey siedziały teraz pośrodku wielkiej, zielonej puszczy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz