niedziela, 26 marca 2017

Rozdział II: Po drugiej stronie zwierciadła

Następnego dnia, gdy April wstała, wciąż nie mogła uwierzyć w to co się stało zeszłej nocy.
Właściwie to...co się wydarzyło? To było takie realistyczne, takie żywe...no i Fiona i Mickey też to widziały.
Teraz miała przynajmniej dowód że to nie ona wariuje.
Ale wciąż nie potrafiła tego wyjaśnić..a jedyną osobą która wydawała się móc to zrobić był Cortez.
Choć April była na niego zła i obiecała sobie że nie przyjdzie na spotkanie, tym razem nie mogła dotrzymać danego sobie słowa.
Dziewczyna ubrała się szybko i zeszła na dół, do salonu, nie chcąc marnować ani chwili.
Dziś Fiona nie zasiadała jednak jak zwykle w kanapie. Telewizor był wyłączony, a właścicielka stała przy oknie, z niepokojem wpatrując się przez nie.

- Dzień dobry! Znowu język przykleił ci się do okna? - powiedziała April na powitanie.

Fiona aż podskoczyła, rozglądając się chwilę po salonie, wyraźnie wyrwana z głebokiej zadumy.

- Proszę, April...powiedz że to był tylko sen.

-To nie był sen, Fiona. Ostatnio wciąż zdarzają się dziwaczne rzeczy..

- Zauważyłam. To nie pierwszy raz.

- Więc co jeszcze widziałaś ostatnio? - zaciekawiła się April

- Drobiazgi. Takie jak ruch zauważony kątem oka, zamierający gdy odwrócisz głowę. I dźwięki, jakich nie słyszy się w mieście. Odgłosy zwierząt, dzikich zwierząt.
A raz - to było bardzo wcześnie rano, kilka dni temu - zajrzałam w głąb kanału i zobaczyłam coś co wyglądało jak podwodne miasto.
Ale gdy tak patrzyłam, rozpłyneło się w zmarszczkach wody.

- To straszne...

- Ja boję się nawet karaluchów, na miłość boską. Jestem u kresu wytrzymałości! - westchnęła ciężko

April postanowiła nie drążyć dalej tego tematu i spytać o najważniejszą w tym momencie dla niej kwestię.

- Widziałaś może dziś Corteza?

- Niestety, nie było go dziś w pobliżu. Wiem że lubi oglądać stare filmy w jakimś kinie, ale nie wiem gdzie ono się znajduje.
Może spytaj Zacka, w końcu to samozwańczy ekspert filmowy, on powinien wiedzieć.

- Wspaniale, Zack. Mój najlepszy na świecie przyjaciel - rzuciła ponuro.

Wchodzenie w układy z Zackiem Lee było akurat ostatnią rzeczą na jaką miała ochotę, ale wyglądało na to że nie miała żadnego wyjścia.
W końcu pragnienie uzyskania odpowiedzi wzięło górę nad niechęcią do współlokatora. Ryan wróciła na górę, i zastukała lekko do jego drzwi, w których po chwili stanął Lee we własnej osobie.

- No proszę, proszę. Księżniczka w końcu zapukała - uśmiechnął się triumfalnie, opierając się o ścianę

- Nie rób sobie fałszywych nadziei. Zrób coś dla mnie, dobra?

- A co będę z tego miał?

- Co będziesz miał? Już ci mówię. Co powiesz o randce? - odpowiedziała, sama nie wierząc we własną desperację Dziś wieczorem przy..ee..Pawilonie? Tak to się nazywa?

- Mądra decyzja. To o co chodzi?

- Gdzie mogę znaleźć kino, które wyświetla stare filmy?

- Jest ich kilka, ale tylko w jednym używają projektorów.
Podejrzewam że właśnie o to ci chodzi?
Bo tam kręci się Cortez. I właśnie z nim chcesz się spotkać - skrzywił się lekko - Nieważne...po dzisiejszej nocy ten stary zdziwaczały pryk przestanie cię interesować.
Przesiaduje w Mercury Theater, niedaleko East Gateway na Metro Circle, pokazują tam stare filmy z prawdziwej, celuloidowej taśmy, jak w pieprzonym średniowieczu.

- To wszystko co chciałam wiedzieć

- Tylko bądź o dziesiątej pod Pawilonem, dobra? Załatwię vipowskie wejściówki i pastylki, nie będę zadowolony jak mnie wystawisz...

April z bólem serca obiecała się zjawić i wyszła w końcu z Domu Granicznego.
Zanim jednak udała się do metra, postanowiła zajrzeć jeszcze do Fringe Café.
Musiała się komuś wygadać, a kto inny bardziej się do tego nadawał niż Charlie.
Usiadła przy barze i spokojnie poczekała aż jej przyjaciel skończy porządkować swoje stanowisko.

- Więc..co cię sprowadza, April? Wyglądasz na zmartwioną - zagadał Charlie.

- Cieszę się że tu jesteś, muszę z kimś porozmawiać..
Zdarzają mi się...różne rzeczy. Nie dające się wytłumaczyć.
Byłam przekonana że to halucynacje, efekty wywołane moimi snami, ale...dzisiaj i wczoraj wieczorem...

- T..to niewiarygodne, ja też coś wczoraj widziałem! - przerwał jej zaskoczony - Mów dalej.

- Wczoraj wieczorem poszłam do domu, Fiona i Mickey oglądały film. Przyłączyłam się do nich i..i..pokój zamienił się w dżunglę.

- Mówisz poważnie? - spytał, wyglądając na wyraźnie poruszonego całą sytuacją.

- Tak, nie zgrywam się. Ja tam byłam, Fiona i Mickey..wszystkie trzy widziałyśmy to samo. Dżunglę. Ale tylko przez ułamek sekundy.
A potem wszystko zniknęło. I to nie był hologram. To było realne, miało zapach. Powietrze było duszne, wilgotne..to było prawdziwe.
Ale..co z tobą Charlie? Co chciałeś mi powiedzieć?

Charlie westchnął głośno i spojrzał w stronę szafy grającej, po czym obrócił się z powrotem do April.

- Około jedenastej stałem za barem i..cóż, nie widziałem dokładnie jak to się zaczęło, ale muzyka nagle się zmieniła, wszyscy ucichli, a gdy podszedłem do końca baru...
Coś - to nie był człowiek - pojawiło się wprost z powietrza koło szafy grającej. Grało na jakimś instrumencie. Wyglądało na to, że początkowo nie zauważyło nikogo..wszyscy stali i gapili się na to stworzenie. Wtedy uniosło wzrok i po chwili zniknęło.
To było straszne. Nie mogę zapomnieć obrazu tej istoty.
To było prawdziwe, na pewno, jak ty i ja. Ale inne.

- To zadziwiające jak podobne są nasze historie. To mnie przeraża. Bo..nie zastanawiałeś się czy może ktoś nie podał ci jakiegoś narkotyku? Albo poddał holograficznemu eksperymentowi?

- Wolisz takie wyjaśnienie od innych ewentualności?
Dla mnie to było prawdziwe, tak jak dla ciebie i innych ludzi..nawet jeśli nie potrafię tego wyjaśnić.

April nie odpowiedziała, sama do końca nie wiedząc co ma o tym myśleć.
Coraz bardziej jednak czuła że musi poznać odpowiedź na to pytanie.
Z żalem pożegnała się z Charliem i udała się już prosto do metra, wysiadając na stacji Metro Circle i idąc w kierunku ulicy East Getaway.
Okolica szczerze nie zachęcała do spacerów - nocne kluby, dilerzy, obdrapane brudne budynki, niebezpieczne typki na każdym rogu i alkoholicy, żebrzący o najdrobniejszy grosz.
To była ta mroczna strona Newport, tak bardzo inna od całkiem przyjaznych klimatów Małej Wenecji.
Starając się nie zatrzymywać, nie zbaczać z drogi i nie rozglądać za bardzo April dotarła w końcu do małego kina na uboczu.
Kasa była jeszcze zamknięta, a przed budynkiem jakiś człowiek zamiatał chodnik.

- Przepraszam..przepraszam? Czy pan pracuje w kinie? - zapytała April niepewnie

Mężczyzna oderwał się od swojego zajęcia i spojrzał na dziewczynę zmęczonym wzrokiem.

- Tak, tak, jestem Freddie Melon. Moja mama, Dottie Melon jest właścicielką tego kina, a ja jej pomagam.

- Zna pan może człowieka o imieniu Cortez? Miałam się tu z nim spotkać i..

- Kino jest zamknięte, proszę pani. Nie znam tego nazwiska. A teraz proszę iść i przestać mi przeszkadzać, żebym mógł wrócić do swojej roboty.

- Na pewno pan go nie widział tu dzisiaj? Starszy, długowłosy mężczyzna...- uparcie drążyła April.
W końcu nie po to tłukła się metrem na tą okropną ulicę, żeby teraz się poddać.

- Jezus, Maria i dzieciątko Józef, cały cholerny świat chce dzisiaj znaleźć Corteza! - zakrzyknął Freddie krecąc głową - Proszę sobie iść, i pozwolić mi zająć się sprzątaniem, zanim mama Dottie Melon się wkurzy!

April nie chciała jeszcze bardziej denerwować nieznajomego mężczyzny, dlatego też postanowiła znaleźć inny sposób by dostać się do kina. Cortez musiał tam być, po prostu to czuła.
Rozejrzała się w około i zauważyła drzwi, prowadzące na tyły kina. Niestety były zamknięte. Przy drzwiach jednak znajdowała się malutka skrzynka z bezpiecznikami i klucz do niej.
Dziewczynie wpadł nagle do głowy pewien pomysł.
Wykorzystując nieuwagę Freddiego, otworzyła skrzynkę, i poprzełączała wszystkie bezpieczniki, odsuwając się szybko od skrzynki, żeby syn właścicielki nie zauważył.
Neon z nazwą kina zgasł.

- Cholerny neon, zapal się! - Freddie trzasnął kilka razy miotłą w napis, jednak to nic nie dało.
Zdenerwowany porzucił więc swoją pracę i otworzył drzwi na tyły, znikając po chwili za tylnymi drzwiami do kina.
April zerwała się natychmiast i poszła w jego ślady
Starając się nie narobić hałasu i nie natknąć się na Freddiego, znalazła w końcu salę kinową w której siedział jeden jedyny widz, który oglądał jakiś czarnobiały, stary film. Cortez.

- Nie masz pojęcia przez co przeszłam, żeby cię znaleźć - rzekła na powitanie, siadając w fotelu obok - Najpierw...

- Lubisz filmy? - przerwał jej Cortez.

- Jasne, kto nie lubi. Zaraz, próbowałam ci powiedzieć, że...

- Nie przepadam za współczesnymi filmami. Są zbyt głośne a przy tym niejasne i mało wyrafinowane. Ale stare, te naprawdę stare, mają urok i prostotę, która do mnie przemawia.

April zaczynało to powoli to irytować. Nie dość że musiała się tyle namęczyć żeby się tu dostać, to jeszcze Cortez ciągle jej przerywał. I zapowiadało się na kolejny wykład którego nie miała już ochoty słuchać. Szczerze miała ochotę go kopnąć.

- Nie przerywaj mi, proszę. Zaczyna mnie to wkurzać - zbulwersowała się lekko

- Ależ ja ci nie przerywam. Chyba że akurat mam coś ważnego do powiedzenia. Ale słucham, co chciałaś mi powiedzieć?

- Dlaczego kazałeś mi siebie szukać po całym mieście?

- Szukać mnie? - zdziwił się - Siedzę tu od paru godzin, señorita. Powinnaś raczej spytać czemu musiałaś mnie szukać.

- Umówiliśmy się, że spotkamy się dziś rano, pamiętasz?

- Nie, nie umówiliśmy się. Powiedziałem ,,jutro" ale odmówiłaś, więc zrozumiałem, że cię to nie interesuje. Ale i tak przepraszam.

- Nie opowiadaj bajek. Chciałeś, żebym cię znowu szukała.

- Właściwie nie..musiałem się zaszyć gdzieś na parę godzin..

- Nie chcę wiedzieć. Nie zamierzam mieszać się w sprawy mafii, gangów czy coś takiego.
Moje życie jest już wystarczająco skomplikowane, panie Cortez. Nie wiem nawet co ja tutaj robię.

- Naprawdę? Potrzebujesz..pragniesz odpowiedzi, April Ryan.

- Zawsze tak mówisz a nie dajesz mi żadnych odpowiedzi tylko kolejne pytania! Kto chce cię dopaść? O co chodzi ze mną? Skąd tak dużo o mnie wiesz?

- Zamierzam odpowiedzieć dzisiaj na wszystkie twoje pytania. Zanim pójdziesz spać, twój świat się odmieni. Nic już nie będzie takie samo - wstał nagle i ruszył w kierunku wyjścia - Chodź, wyjdziemy stąd. Koniec gadania. Pokażę ci prawdę.

April podążyła za Cortezem, który wyprowadził ją do alejki na tyłach kina, z której przyszła, i zatrzymał się.

- To chyba równie dobre miejsce, jak każde inne. Przynajmniej nikt nas tu nie zauważy. Cofnij się, señorita..

- P..po co? Co robisz? - odsunęła się lekko

- Wysyłam cię na drugą stronę zwierciadła...- odrzekł tajemniczo, obrócił się w stronę ściany i wyciągnął przed siebie rękę, poruszając nią lekko.
Po chwili, w brudnym murze błysnęło jasne światło, i pojawiło się przejście.

- Co to? Proszę..błagam, powiedz że to tylko hologram.

- To magiczny tunel. Musisz przez niego przejść, April. Musisz podjąć decyzję. Cały czas, przyszłość i teraźniejszość obraca się wokół tej chwili. Los światów jest w twoich rękach.

- Dobrze..zrobię to. Ale co się stanie?

- Idź w stronę świata. Zrobisz pierwszy krok w najdłuższej podróży swojego życia.

- Muszę być szalona że chcę to zrobić...- westchnęła ciężko i podeszła powoli do tunelu.

- Tu się z tobą zgadzam. Ale nie bój się będę tu czekał. Kiedy będziesz chciała wrócić, odwiedź mojego przyjaciela. Nazywa się Westhouse. Brian Westhouse.

April pokiwała głową i już bez chwili namysłu weszła w tunel.

- Vaya con Dios, dziecko. Niech Równowaga ma cię w opiece...

                      . . .

Chwilę później April wypadła z przejścia na zimną, kamienną podłogę.
Wyglądało na to, że znalazła się w jakiejś światyni - słabe płomyki świec oświetlały wielkie ściany, na których wymalowane były stare, ogromne freski.
Nie mając za bardzo innego wyjścia, dziewczyna podążyła przed siebie, aż w końcu zauważyła jakiegoś człowieka.
Wyglądał na kapłana, był wysoki, łysy, ubrany w długą szatę a w ręku dzierżył jakiś wielki kij.
Podeszła do niego niepewnie i przywitała się. Kapłan obrócił się i ukłonił, po czym..zaczął mówić w jakimś niezrozumiałym dla April języku.

- E tu? E milye tue va?
Ne? Tu van'sath ken? Tu vu ken a-allar, e tue Stark milye? E Thiera? Ton maris, ton!

April nic z tego nie rozumiała, więc pokręciła tylko głową, a kapłan kontynuował dalej.

- A ku, kande'e. Dobrze. Niran'ton al'voce. Sank'al koda magia, toranc'e shaal'e. Na'ven. Wspólnomowa - przerwał na chwilę, a gdy zaczął mówić ponownie, nie był to już niezrozumiały dla Ryan bełkot - Dobrze. Teraz zezwoliłaś magii by zagościła w twoim sercu i by  zawsze obecna, choć uśpiona znajomość Wspólnomowy, języku Arkadii, kierowała twym słuchem i językiem.

- Języku Arkadii? Zaraz zaraz..jak się tu dostałam? Co to za miejsce? I kim ty jesteś?

- Moje imię, drogie dziecko to Tobias Grensret. Jestem Vestrum Wartowników, Zakonu Równowagi - wyjaśnił uprzejmie kapłan.

- No..dobrze. Jestem April. April Ryan.

- Rozumiem że to twoja pierwsza podróż przez Tunel, pierwsze przekroczenie Podziału?

- Nie mam pojęcia o czym mówisz, ale chyba tak..to moja pierwsza podróż przez Tunel.

- Więc wyjaśnię ci wszystko. Ktoś musi to zrobić. A teraz pozwól że pokażę ci Markurię, najwspanialsze miasto jakie istnieje.

Tobias wyprowadził April z, jak się okazało wieży, na zewnątrz.
Markuria zaiście była piękna, tak całkiem inna od tego co dziewczyna znała.
Kolorowa, pełna zieleni i radości, choć stara i jakby zatrzymana w czasie gdzieś w okolicach średniowiecza.
April nie mogła się wprost napatrzeć, wciąż zastanawiając się gdzie tak naprawdę się znalazła, i czy to wszystko nie jest tylko durnym, przydługim snem.
Kapłan polecił jej by pozwiedzała miasto, a kiedy będzie gotowa na jego opowieść wróciła do wieży.
April podążyła więc w stronę dużego placu, gdzie znajdowało się targowisko, nie chciała się zbytnio oddalać, a i tu było już dość do oglądania.
Stragany pełne były przeróżnych rzeczy, które widziała poraz pierwszy w życiu, sprzedawcy wykrzykiwali nad sobą nieznane jej nazwy, a na jakiejś niewielkiej scenie w pobliżu odbywało się właśnie przedstawienie taneczne.
Rozmawiając z ludźmi April zdołała się dowiedzieć mniej więcej czym jest Arkadia i Zakon Równowagi..za tym drugim zresztą ludzie wyraźnie nie przepadali - zdecydowanie skłaniali się ku jakiejś organizacji czy grupie którą nazywali Awangardą, która  jeśli wierzyć temu co April usłyszała, przynosiła nowe świeże myślenie i dążyła do ,,zjednoczenia światów".
Zwiedziwszy już całą bliższą okolicę, Ryan wróciła w końcu do wieży, gdzie czekał na nią Tobias.

- Wróciłam, Vestrum Tobiasie - przywitała go.

- Tobias. Mów mi Tobias. Od takich dystyngowanych gości nie wymagam przestrzegania zasad ceremonii. Podobały ci się widoki?

- Nie wiem..jestem przytłoczona. Widziałam na własne oczy rzeczy które nie mają prawa istnieć.
I wiesz co? Wszystko to jest bez sensu. Magia, obce istoty, równoległe światy...nie wierzę w takie rzeczy. Nie wierzę w bajki.

- W twoim świecie, w Stark, nie ma miejsca na magię. Taka jest i zawsze była natura nauki, omylność logiki i porządku.
Nie pozostawia miejsca na wyobraźnię. Jeśli coś nie mieści się w wąskim zakresie praw fizyki, nazywacie to bajką.
Ale magia też ma swoje minusy. Jest nieprzewidywalna.
Przyciąga Chaos. Budzi dla Równowagi takie zagrożenie, jakiego nie byłaby w stanie spowodować nawet nauka.
Ale do rzeczy..myślę że wysłano cię tu po naukę i zrozumienie.
Chodź za mną. Poznasz historię Ziemi, jakiej nie ma w waszych książkach, a kiedy twoje oczy i uszy otworzą się na prawdę, umysł podąży w ich ślady.

Poprowadził April w głąb wieży i zatrzymał się przy pierwszym fresku. Szykowała się naprawdę długa opowieść...

- Opowieść zaczyna się i kończy tutaj, na tym fresku.
Wieki temu, Ziemia była jednością a magia i nauka istniały obok siebie w świecie i we wszystkich ludziach.
Panowała równowaga i harmonia.
Mogliśmy posiąść moc wprawienia w ruch gwiazd i tworzenia nowego życia.
Ludzkość jednak zaczęła nadużywać boskiej mocy Dwójki i wykorzystywać ją do swoich własnych celów. Równowaga Kosmosu została zagrożona.
Zatem złożono nam wizytę. Drakkowie żyli wśród nas od pokoleń, pomagali i nauczali nas jak zachować równowagę w naszym świecie.
Ród Drakk, Smoki..niezależnie od nazwy, są wiecznymi sługami i strażnikami Równowagi. Na Ziemi było ich czterech.
Jeden z nich założył Zakon.
Pierwsi Minstrum zrozumieli, że magia i nauka powinny zostać rozdzielone, zanim nastąpi nieopisana klęska - upadek równowagi, apokalipsa.
Ziemia miała zostać podzielona na dwie równe części..
Arkadia i Stark. Magia i Nauka. Chaos i Ład.
W pierwszej Radzie, zasiadało trzynastu Wartowników - sześciu ludzi nauki, sześciu magów i jeden z Draków.
Wybudowano wieżę, w której ich moc miała zostać skupiona na dokonaniu Podziału.
Drakkowie przynieśli ze sobą dysk, wykuty w ogniu ich świata.
W wyznaczonej godzinie, Trzynastu stawiło się w Wieży.
Wśród nich była kobieta, której życie zostało określone przez cel, dla którego przyszła na świat.
Została pierwszym ludzkim Strażnikiem Równowagi. Miała pozostać w wieży przez tysiąc lat aby strzec obu światów i zapewnić równomierny przepływ magii i nauki.
I tak oto zaczął się rytuał...
Jeden świat miał stać się dwoma, i każdy z nich mógł dostrzec drugi tylko poprzez sny.
Nie wiadomo było kto ma zostać na którym, nie była to łatwa decyzja.
Co do istot magicznych wybór był prosty - musiały trafić do Arkadii. Ale co do innych...rozdzielono rodziny, przyjaciół, bliskich.
Dysk u podstawy wieży zaczął wirować coraz szybciej, aż stał się tylko rozmazaną smugą.
Ciemność spowiła wieżę, jednak dysk świecił jasnym światłem. Rzeczywistość się zmieniła. Tak oto zrodziły się dwa nowe światy.
Pierwotny dysk zniknął a w jego miejscu znajdował się jego mniejszy odpowiednik. Świat wokół Wieży wyglądał inaczej.
Znajdowali się teraz pomiędzy światami, między jawą a snem, w Krainie Równowagi i Strażnika.
Miał być to jej dom przez kolejne tysiąc lat...
Wtedy ten który był Drakkiem utworzył kopię dysku i przełamał go na cztery części, i rozdał je sześcioro istotom, by strzegły ich przed niepowołanymi rękami.
Dysk bowiem był kluczem do Wieży, kluczem do jej naprawienia ale i zniszczenia.
Lecz nie będzie kompletny, bez czterech kamieni szlachetnych, zdobiących każdy jego fragment.
Gdyby nadszedł czas gdy trzeba będzie złączyć oba światy, a taki czas miał w końcu nadejść, dysk miał zostać złączony, a Drakkowie mieli zebrać się poraz ostatni.
Zaczęła się Nowa Era. Era Strażnika.
Potem dwóch z Drakków udało się do Stark a dwóch do Arkadii.
Chociaż w Arkadii Zakonowi udało się przetrwać, w Stark nie miał on żadnych szans, wobec nowej rzeczywistości, wobec logiki i magii.
I szybko, bardzo szybko, Arkadia stała się zaledwie mitem, opowiastką na dobranoc.
I chociaż sny przenikały z Arkadii do Stark, to traktowano je wyłącznie jako sny...

- I to tyle? - spytała w końcu April - Chodzi o to że zapomnieliśmy o naszej przeszłości? Więc co w tym złego? I dlaczego magia z Arkadii zdaje się przenikać do Stark?

- Jak już ci mówiłem, Wartownicy w Arkadii rośli w siłę, było ich coraz więcej, natomiast w Stark utracili swoje znaczenie.
Niektórym z Wartowników ze Stark nie spodobało się to i odwrócili się od ich braci w Arkadii.
Nazwali się Awangardą, uznali że ludzie powinni dążyć do ponownego zjednoczenia światów, odzyskać dawną chwałę.
Zapragnęli by ich własny Strażnik sprawował władzę nad Równowagą.
Co tysiąc lat na świat przychodził nowy Strażnik.
Ale obecnie mija już dwieście lat, odkąd poprzedni, Dwunasty Strażnik powinien być zmieniony..
Każde nowe, zrodzone dla Równowagi dziecko było porywane przez Awangardę.
Chcieli wychować sobie własnego Strażnika.
Jak narazie nie udało im się to, ale Dwunasty Strażnik nie mógł już dłużej czekać..
Niedawno temu opuścił swój tron, Równowaga pozostała bez opieki.
Jeśli nie znajdziemy nowego Strażnika, Awangarda dostanie niepowtarzalną okazję..
Nastąpi koniec Stark i Arkadii a zacznie się Era Chaosu.
Równowaga jest zagrożona, April. Strażnik opuścił swą wieżę, zniknął i nie ma nikogo kto mógłby zająć jego miejsce.
Trzeba go odszukać, żeby pilnował Równowagi do czasu znalezienia nowego Strażnika.

- A co ja mogę zrobić? - westchnęła z powątpiewaniem - Miałam tylko kilka sennych koszmarów.

- Masz w sobie wielką moc. Moc otwierania przejść między światami, między Stark i Arkadią.

- Żartujesz? Ja nic nie zrobiłam, to Cortez otworzył ten tunel i tylko pomachał rękami w powietrzu, ja nie potrafiłabym..

- Tylko własna moc Podróżnika pozwala mu na podróż. Cortez tylko zogniskował twoją moc. On sam nie byłby w stanie przekroczyć przejścia.

- Nawet jeśli to prawda, to nie mam żadnej kontroli nad moim...talentem

- Jeszcze nie. Ale zyskasz ją z czasem. Jak masz zamiar wrócić do swojego domu?

- O boże, nawet o tym nie pomyślałam - przeraziła się lekko - Nie możesz mi pomóc..?

- Obawiam się że nie. Jeśli masz jakieś pytania, postaram się na nie odpowiedzieć, ale poza tym...jesteś zdana sama na siebie. Jeśli pozwolisz, wrócę teraz do mych pism.
Dziękuję, że wysłuchałaś kogoś takiego jak ja, i moich długich opowieści.

April przypomniała sobie jednak nagle co powiedział jej Cortez zanim przeszła przez tunel.
Kimkolwiek był Westhouse, to do niego właśnie powinna się teraz skierować.
Nie wiedząc jednak nawet gdzie szukać zapytała kapłana, który to poinformował ją tylko że człowiek ten kolekcjonuje mapy i w mieście znany jest jako ,Człowiek na Kołach' z powodu swojego śmiesznego, dwukołowego pojazdu.
Nie było to wiele ale zawsze coś - April pożegnała się i wyszła z wieży, kierując się ponownie na targowisko.

-..spóźniłeś się! Znowu! I wiesz co? Jesteś zwolniony! Oddaj mi listę klientów i zabieraj się stąd! - wrzeszczał jeden ze sprzedawców, na jakiegoś niebieskoskórego chłopca - Niech szlag trafi Równowagę, będę musiał nająć kogoś nowego...

April podeszła bliżej, nie wierząc we własne szczęście.
To sprzedawca map tak krzyczał i najwyraźniej właśnie stracił swojego posłańca.
Dla niej była to niepowtarzalna okazja...

- Może mogłabym pomóc? - zapytała niepewnie - Jestem szybka, uczciwa i odpowiedzialna. Mam także duże doświadczenie w branży usługowej.

- Hmm...może i coś z tego będzie. O ile Gildia Kupiecka się o tym nie dowie.
Uprzedzam tylko, że płaca nie jest zbyt wysoka. Tylko jeden aren za dostawę plus napiwek od klientów.

- Wezmę tę pracę, jeśli mnie pan przyjmie - odpowiedziała zdecydowanie

- Zgoda. Zawsze to jakaś odmiana. Oto dzisiejsza lista klientów i pierwsza mapa.
Zanieś ją kapitanowi Nebevayovi. Znajdziesz go w porcie.

Sprzedawca objaśnił dziewczynie jak ma dotrzeć do portu, zaznaczając że na odbiorcy mają się podpisać na liście.
Ryan bez wahania pognała więc do portu, który zresztą wcale nie był tak daleko, szybko odnajdując Nebevaya.
Tu jednak nie poszło jej tak łatwo - kapitan był wyraźnie zdenerwowany na brak wiatru, w dodatku stanowczo odmawiał podpisu twierdząc że Mo'Jaal, bożek którego wyznawał, zabrania tego.
Po wielu długich próbach przekonania go i w końcu zakupieniu fletu, którym miała odwrócić uwagę Mo'Jaala kapitan w końcu ugiął się i...postawił mały krzyżyk przy swoim nazwisku.

- Nie mogę uwierzyć że przeszłam przez to wszystko tylko po to żeby zdobyć mały znaczek..- westchnęła ciężko, wgapiając w ,,podpis" kapitana Nebevaya, wróciła po kolejną mapę i pognała już prosto do Człowieka na Kołach który był następny na liście.
Droga nie była trudna, acz faktycznie mieszkał na odludnym uboczu. Ale za to jakim uboczu! Domek jego stał na niewielkim urwisku, z pięknym widokiem na morze i jakieś góry w oddali.
Na niewielkiej ławeczce przed domkiem siedział natomiast sam Westhouse, pociągając zdrowo z jakiejś butelki...

- Dzień dobry..pan Westhouse? - zapytała, podchodząc bliżej

- Ach...chyba nie jesteś..nie przychodzisz od tego łajdaka Sanyefa..?

- Nie, nazywam się April. April Ryan.

- Ryan? Chyba nie pochodzisz z Północnych Krain, praw...zaraz zaraz, Ryan? April Ryan? A niech mnie, jesteś ze Stark! - zakrzyknął Brian, najwyraźniej rozradowany ale i zaskoczony.

- Na to wygląda. Choć do dzisiaj myślałam że jestem po prostu z Ziemi. Nie miałam pojęcia że jest ich dwie.

- Ha! Zaskakujące, nieprawdaż? Usiądź panienko, napijesz się czegoś?

- Dziękuję, ale nie przyszłam się tu napić..

- Rozumiem...więc to nie jest wizyta towarzyska. Nieważne. I tak miło spotkać kogoś z rodzinnych stron. W czym mogę pomóc?

April wręczyła mu mapę, wyjaśniając że przysyła ją sprzedawca map z Targu, i że był to jedyny sposób żeby go znaleźć.

- Aa dobrze, czekałem na...zaraz zaraz, chyba nie zamierzasz zostać w Markurii?
Zdecydowanie odradzam, może i Arkadia wygląda na spokojną sielankową krainę, ale można tu stracić życie równie łatwo co w Stark.

- Nie, to Cortez kazał mi cię odnaleźć..- wyjaśniła

- Cortez? A kto to jest...Cortez? Chyba nie mówisz o starym Mannym Chavezie, nie?
Myślałem że już dawno nie żyje..ale w końcu wedle wszelkich praw logiki mnie też już dawno nie powinno być na tym świecie.
Wysoki gość, tajemniczy i enigmatyczny, rzadko odpowiada na pytanie tak lub nie?

- Wszystko się zgadza - uśmiechnęła się lekko - Skąd pan go zna?

- Oo razem przeżyliśmy niejedną przygodę. Prawdę mówiąc to między innymi dzięki niemu wylądowałem w tym miejscu. Ostatnio widzieliśmy się zimą, w 1934 roku.

- Ale to prawie trzysta lat temu! Chociaż..cóż, jeśli mam przyjąć do wiadomości istnienie magii i równoległych światów, to czemu miałabym nie uwierzyć w to że ktoś może żyć 300 lat...

- Ach, nie nie. Nie mam 300 lat tylko 46. Przybyłem do Arkadii jakieś piętnaście lat temu...ale Stark opuściłem w 1934.
Pomiędzy światami, tam gdzie królują sny, czas nie ma znaczenia. Byłem tam dość długo uwięziony.
Czas mijał jednak dość szybko. Choć teraz gdy o tym wspomniałaś...trzysta lat...to trochę przygnębiające..

- Jak to się właściwie stało że znalazł się pan w Arkadii, w Markurii? - spytała, wyraźnie zaciekawiona jego historią.

- Ha! To długa historia i nie będę zanudzał cię szczegółami ale byłem kiedyś poszukiwaczem przygód.
Obietnica dziewiczych, nie dotkniętych przez cywilizację krain była bardzo kusząca.
Pozatym była to szansa na osiągnięcie uduchowionego stanu umysłu...
Urodziłem się w Bostonie, w 1902. Kiedy miałem 17 lat wyruszyłem w morzem, spędziłem na nim 3 lata a potem przez jakiś czas podróżowałem po Europie...
We wczesnych latach trzydziestych znalazłem się w Indiach, i tam właśnie poznałem Manny'ego. I usłyszałem po raz pierwszy o Arkadii.
Byłem zadziwiony. Na początku podchodziłem do tego dość sceptycznie ale myśl o zupełnie nowych światach które mógłbym zobaczyć...Oczywiście byłem głupcem, ale kto mógł wiedzieć gdzie zawiedzie mnie moja ciekawość?

- Więc co się stało w Indiach?

Szczerze mówiąc to próbowałem o tym zapomnieć.
Gdybym mógł wrócić do tego momentu i spróbować przekonać samego siebie że może nie...ale pewnie i tak by mi się nie udało. Nieznane zawsze bardzo przyciąga.
Wylądowałem w Tybecie. W zimie, 34'go roku. Brnąłem w śniegu po piersi i myślałem że już po mnie...
Dzięki Bogu Manny mnie z tego wyciągnął. Trzy miesiące spędziłem w klasztorze, zanim..zanim poszedłem dalej, w pustkę. Ktoś kto nie jest Skoczkiem, jak ty, może przekroczyć Podział tylko w jeden sposób, a droga ta nie jest łatwa..ach, jeśli nie masz nic przeciwko wolałbym już nie mówić o przeszłości. Wystarczająco mam kłopotów z teraźniejszością.

- Dobrze. Cortez powiedział że mam zgłosić się do ciebie jeśli będę chciała wrócić do domu, do Stark.

- Nie jestem Skoczkiem ani nie znam się na magii, powinnaś zgłosić się do Rady Kapłanów...chociaż ta cała Rada nigdy nie zrobi nic co kłócić się będzie z zasadami ich przeklętej Równowagi..- westchnął głośno i zamyślił się na chwilę - Nie wiem czy to ci pomoże, ale Manny zostawił mi zegarek kiedy ostatni raz go widziałem.
Mówił że kiedy serce zegarka znów zacznie bić to będzie dla niego jak sygnał, wiadomość..

April przyjęła zegarek i przyjrzała mu się dokładnie -
miał uszkodzony mechanizm do nakręcania. Na szczęście dziewczyna miała przy sobie małą szpileczkę, którą nakręciła zegarek z powrotem, a ten w końcu zaczął działać.
W tym samym momencie dokładnie przed nią otworzyło się przejście.

- O Boże! To Tunel! Od trzystu lat nie widziałem czegoś takiego..- poruszył się Brian.

- Może wróciłby pan ze mną, panie Westhouse? Spotkałby się pan ze starym przyjacielem...

- Oo nie, mogłoby się to skończyć w opłakany sposób. Zagubiłbym się pomiędzy światami już na zawsze...nie, ale ty idź, wracaj i nie daj się namówić na kolejny Skok.
I..pozdrów odemnie Manny'ego. Powiedz..powiedz że mu dziękuję i że jest mi tu nieźle.

April obiecała i weszła w Tunel, lądując chwilę później na tej samej ciemnej alejce za kinem z której przybyła. Cortez czekał tam na nią cały ten czas.

- Cortez? O Boże, to jest prawdziwe! Widziałam, widziałam inny świat, Arkadię! Albo ogarnia mnie szaleństwo albo miałeś we wszystkim rację...

- Miejmy nadzieję że to drugie, señorita. Domyślam się że twoja podróż była udana?

- Udana? Cały mój świat zawalił się w gruzy więc nie sądzę żeby ,,udana" było właściwym słowem...prawdę mówiąc nie wierzę w to wszystko.

- Nie musisz wierzyć w słońce, a i tak będzie świeciło, señorita.
Widziałaś prawdę na własne oczy. Bardziej nie mogę cię przekonać, teraz wszystko zależy od ciebie.
Ale narazie musimy porozmawiać o istotniejszych sprawach..
Podział się załamuje. Jeszcze za wcześnie na połączenie obu światów, to miałoby katastrofalne skutki. Musimy działać razem, April. Ani ja ani ty nie poradzimy sobie sami.

- Ale co właściwie musimy zrobić?

- Cztery rzeczy. Odnaleźć zaginionego Strażnika, odnaleźć bramę do jego królestwa i dysk który jest kluczem do wieży. I zrobić wszystko co w naszej mocy żeby zmylić Awangardę.

- Jak pokonamy Awangardę?

- Awangarda jest silna i staje się coraz silniejsza, szczególnie w Stark. Ale nawet w Arkadii znalazła swój przyczółek..a skoro Tyreni są na wolności..przyszłość wygląda dość ponuro..

- Zaraz zaraz...skoro jest taka silna..jak to możliwe że o nich nie słyszałam?

- Nie używają tutaj ten nazwy. Słyszałaś może o Kościele Volteca?

- Jasne..oni..och, więc to jest właśnie Awangarda - na jej twarzy wymalował się nagle strach - W takim razie są bardzo potężni. Ale..dlaczego nie używają tutaj tej nazwy?

- W Arkadii nie ukrywają swojej filozofii. Uważają że należy zniszczy Równowagę by, jak to mówią, przywrócić ludziom dawną chwałę.
Tutaj nie mogą tego otwarcie głosić. Więc powoli ale skutecznie zatruwają społeczeństwo, kryjąc się za znakiem New Age, tworząc finansowe imperium zdolne równać się z rządami państw.
Awangarda włada największymi korporacjami, mają własne planety, armie..
Jeśli zniszczą Równowagę będą mieli wszystko. Zawładną obydwoma światami.

- Więc w zasadzie nie mamy szans przeciw takiemu wrogowi...

- Jeśli powstrzymamy siły Chaosu i zapewnimy ciągłość roli Strażnika, wtedy oni przegrają.
To ty jesteś kluczem do sukcesu April. Samym swoim istnieniem osłabiasz Chaos. Bez ciebie wydarzenia ubiegłej nocy wyglądały by o wiele gorzej.
Ale nie myśl już o tym dzisiaj.
Postaraj się dziś rozerwać, wyjdź z przyjaciółmi, zrelaksuj się, wykorzystaj czas wolny..jutro bowiem zacznie się ciężka praca.

,,Zrelaksować się? Po tym wszystkim?" - pomyślała i pożegnała Corteza - ,,To niemożliwe..."

Przypomniała sobie jednak o randce z Zackiem Lee. Jakkolwiek go nie cierpiała, nie miała ochoty mu się narażać.
O wyznaczonej godzinie zjawiła się pod Pawilonem, a kiedy w końcu wróciła do domu była tak zmęczona, że padła na łóżko i zasnęła niemal od razu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz