Kiedy April w końcu wstała było już blisko południa.
Po przeżyciach zeszłego dnia zresztą nie ma się czemu dziwić - wedrówki do rownóległych światów i zbzikowani faceci opowiadający o wybrańcach, chaosie i różnych innych szaleństwach nie należały do codzienności.
Dziewczyna zwlekła się lekko z łóżka próbując doprowadzić się jakoś do stanu względnej używalności - wszak nie był to koniec rewelacji.
Dziś czekała ją wycieczka na Hope Street, kolejną z obskurnych ulic dolnych poziomów Newport.
Nie miała specjalnej ochoty zapuszczać się w tamte rejony ale jakie miała inne wyjście? Tam mieszkał Warren. A jeśli ktoś mógł coś wiedzieć o Awangardzie to właśnie on. Tak przynajmniej twierdził Cortez.
I choć April wciąż do końca nie wierzyła, że to wszystko jest prawdą, nie mogła zrobić nic innego jak tylko brnąć w to dalej.
Niechętnie wyszła z pokoju upewniając się że zamknęła za sobą drzwi.
- Co ci wczoraj odwaliło, wariatko? Zabieram cię do najlepszego klubu, załatwiam wszystko a ty dajesz mi w mordę i uciekasz? - rzucił na powitanie Zack, najwyraźniej czekając tu od jakiegoś czasu by wylać swoją frustrację.
Zeszłonocna randka...zdecydowanie nie należała do udanych.
Lee oczywiście po kilku pierwszych minutach już zdążył się czymś napruć i zaczął się dobierać do April, na co ta faktycznie dość solidnie mu przywaliła.
- Nazwałabym cię dupkiem, gdybym się nie obawiała, że odbierzesz to jako komplement - odparła sucho z wrednym uśmieszkiem i poszła dalej, nie zamierzając znów się kłócić.
- Jeszcze tego pożałujesz!! Masz u mnie przejebane! - krzyknął jeszcze za nią i wrócił do siebie, trzaskając drzwiami.
Fiony wyjątkowo dziś nie było w salonie na dole, więc April pognała od razu do metra, wysiadając prosto na stacji przy ulicy gdzie miała rozpocząć swoje poszukiwania.
Wbrew przyjaznej nazwie, w tej części Newport ciężko było doszukać się jakiejkolwiek nadziei - Metro Circle które ostatnio zwiedziła było piękną i bezpieczną okolicą w porównaniu z Hope Street. Tu nawet taksówki nigdy się nie zatrzymywały, a wszelakie gangi panoszyły się niemalże legalnie, nieraz w biały dzień spuszczając komuś łomot na oczach wszystkich.
Starając się nie zwracać na siebie uwagi, dziewczyna popędziła prosto do tutejszej kadetry, gdzie zgodnie z wskazówkami Corteza miała znaleźć Ojca Raula, który to z kolei mógł wiedzieć gdzie dokładnie mieszka młody Hughes.
Kościół był naprawdę okazały, i wyjątkowo dobrze zachowany, szczególnie jak na okolicę, świecił jednak pustkami.
Ledwo April zdążyła się rozejrzeć zza rogu wyszedł ubrany na czarno mężczyzna.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytał uprzejmie - Nie jesteś stąd, prawda? Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem..
- Nie..i raczej nieczęsto odwiedzam te okolice. Ojciec Raul, tak? Szukam..szukam pewnego chłopca, Warrena Hughesa.
- Nie widziałem go od wielu lat. Kiedyś jego rodzina regularnie odwiedzała kościół, aż polecieli do kolonii. Biedny chłopiec został sierotą - zamyślił się na chwilę i dodał - Nie wiem czy on w ogóle gdzieś mieszka, ale na pewno należy do pewnej ,,grupy" z Hope Street - chyba nazywają się Żylety. Podobno zbierają się niedaleko stąd, pod 87.
Ale..uważaj na siebie. Nie są może najgroźniejsi ale grzeczni chłopcy to to nie są.
- Poradzę sobie..- odparła niezbyt pewnym głosem, pożegnała się i opuściła kościół.
Blok numer 87 znajdował się całkiem blisko więc bez problemu go znalazła.
Zastanawiając się solidnie jak bardzo zwariowała że tak się naraża weszła do środka i pokierowała na górę.
Gdzieś na drugim piętrze drogę zagrodził jej jednak siedzący na schodach, góra piętnastoletni chłopiec.
- C..cześć? Możemy zamienić parę słów? Szukam małego Warrena Hughesa..- zagadała niepewnie
- Warren Hughes? Nigdy o nim nie słyszałem. A kto pyta?
- Jestem..April. April Ryan.
- Taka miła, ładna panienka chodzi po takiej okolicy i zadaje pytania..pakujesz się w poważne kłopoty.
- Potrafię się o siebie zatroszczyć. Nie pomożesz mi, co?
- Nie wątpię. Ale tam na dole czeka kilku takich, którzy nie są tacy spokojni jak ja - pokręcił głową z niedowierzaniem - Powinienem cię zapytać czego odemnie chcesz, ale mam to gdzieś. Powinnaś była się dobrze zastanowić zanim tu po mnie przyszłaś.
- Nie przyszłam po cie...zaraz, to ty jesteś Warren?
- Nie udawaj że nie wiedziałaś..- westchnął ciężko
- Nie. Cortez powiedział mi gdzie cię znaleźć i jak się nazywasz ale..
- Cortez? Ten stary, gadający świr?
Nie widziałem go od wieków...więc czego chce odemnie Señor Cortez?
- Potrzebujemy pomocy.
- Jaką pomoc masz na myśli? Słuchaj, muszę się ukrywać, bo szukają mnie gliniarze i faceci z korporacji, nie będę nadstawiał za nikogo tyłka, nawet za Corteza.
- Spokojnie, potrzebujemy tylko pewnych informacji o Awangardzie, i ich przywódcy, Jacobie McAllenie.
- Nigdy o nich nie słyszałem. Ale..może pewien mój przyjaciel będzie mógł ci pomóc. Ale zanim poproszę go o przysługę, ty musisz coś dla mnie zrobić.
- Zgoda. O co chodzi?
- To proste. Włam się do policyjnego archiwum na komendzie w Metro West, wydostań informację o mojej rodzinie, zniszcz moje akta, i wróć tutaj, najlepiej nie w plastikowym worku.
Posłuchaj o co mi chodzi..mój ojciec, naćpany Transem i uwiedziony reklamami, sprzedał całą rodzinę do programu kolonizacyjnego. W zamian dostał dożywotni zapas tego gówna. Zapomniał tylko spytać o zdanie swoją żonę i dzieci, ale gości z korporacji to nie obchodziło..pewnego dnia przyszli żeby nas zabrać, moją matkę, siostrę i mnie.
Mi udało się uciec, wymknąłem się przez okno i ukrywałem jakiś czas w śmietniku...mam gdzieś mojego starego a moja matka jest twarda, ale chcę odzyskać siostrę. Byliśmy bardzo zżyci. Nie pozwolę żeby korporacja wykorzystywała ją w jakiejś kopalni albo fabryce.
Przy okazji mogłabyś znaleźć coś o tej..Awangardzie, tak?
April zrobiło się żal chłopaka.
Mógł mieć normalne życie, nie być tym kim jest obecnie gdyby nie jedna głupia decyzja, na którą nie miał żadnego wpływu.
Choć włamanie się do policyjnego archiwum zdawało jej się być wręcz niewykonalne, pokiwała lekko głową, zgadzając się pomóc i wrócić kiedy tylko wszystko będzie gotowe.
Pobiegła znów do metra i pojechała prosto na Metro West, kolejną dzielnicę Newport, o tyle lepszą że wyjątkowo bezpieczną i czystą jak na tutejsze standardy.
Bez problemu znalazła budynek komisariatu, dziś zresztą wyjątkowo oblegany, za sprawą kolejnego rozbitego poduszkowca, którego szczątki leżały naprzeciwko.
Dziewczyna przeszła przez główne drzwi budynku i znalazła się w niewielkim holu.
Nie było tu wielkiego tłoku, ale i tak dobrze wiedziała że żeby przejść przez następne drzwi będzie musiała odwrócić uwagę archiwistki, która już na pierwszy rzut oka wyglądała na nieprzystępną.
April wypatrzyła najbardziej niedostępną półkę i postanowiła zaryzykować.
- Przepraszam..proszę pani?
- Czego potrzeba? - burknęła przysadzista kobieta za biurkiem i zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem
- Potrzebuję formularza dotyczącego składania zażaleń w sprawie obrazy moralnej.
Kobieta westchnęła ciężko i odeszła w stronę szafek za nią, wspinając się na krzesło i próbując dostać do odpowiedniego formularza, tymczasem April odsunęła się ukradkiem i przestąpiła drzwi prowadzące do części tylko dla personelu.
Tu czekała ją kolejna niemiła niespodzianka - do samego archiwum prowadziły drzwi z wbudowanym skanerem oka, więc nie miała żadnych szans by się tam dostać.
Nie zamierzając się jednak tak łatwo poddać poszła korytarzem dalej i modląc się w duchu by nikt jej tu nie zaskoczył i by znalazła coś co pomogłoby jej dostać się do archiwum, weszła do małej szatni.
Starając się robić jak najmniej hałasu, April zaczęła sprawdzać malutkie szafeczki gdy nagle..
- Maria?To ty? A zresztą, co za różnica...możesz podać mi lekarstwo z mojej szafki? Zaraz podam ci klucz..- powiedział jakiś mężczyzna zza drzwi jednej z kabin, wysuwając po chwili dołem mały kluczyk
-,,Znam ten głos...czy to nie ten dziwaczny dektektyw, który całymi dniami stoi w jednym punkcie jakby na coś czekał? Jak mu było.. Frank?" - pomyślała April, podniosła klucz i otworzyła jego szafkę.
Grzebiąc za lekarstwem o którym mówił, natrafiła przypadkiem na małą karteczkę z czymś co wyglądało jak kod dostępu.
Schowała ją szybko do kieszeni i podała Frankowi lekarstwo.
- Dziękuję - odrzekł detektyw zbolałym tonem i pociągnął zdrowo z buteleczki - O cholera...!!
Do stóp April potoczyło się nagle coś okrągłego i błyszczącego...szklane oko!
Nie wierząc we własne szczęście April podniosła je z podłogi i skierowała się do drzwi, gasząc jeszcze światło, na co Frank zaczął soczyście kląć.
Teraz już bez żadnego oporu wróciła do drzwi prowadzących do archiwum, przyłożyła szklane oko Franka do skanera, i weszła do środka okropnie wysoko sklepionego pomieszczenia.
Był tam tylko jeden komputer, który wyglądał jakby miał co najmniej ze sto lat, drukarka i cała sterta szufladek różnej zawartości.
Nie tracąc ani chwili dłużej wstukała na klawiaturze krótki kod który znalazła w szafce i usiadła do komputera.
Znalazła akta Warrena, które wyczyściła aż za bardzo, informacje o jego rodzinie oraz krótką informację o dotyczącej
Kościoła Volteca infokostce, znajdującej się w jednej z szufladek.
Znalazła ów małą kostkę i schowała ją pod ubranie, razem z wydrukami dla Warrena, po czym opuściła pomieszczenie, wracając do holu.
- Heej! Proszę się zatrzymać, gdzie pani była? - zakrzyknęła kobieta za biurkiem
Nie zastanawiając się ani chwili April wybiegła z budynku, i popędziła szybko do metra, którym wróciła z powrotem do Warrena.
- Jak ci poszło? Masz informacje? Co z moją siostrą?
- Nie było łatwo ale jakoś mi się udało.
Posłuchaj, Warren, twoi rodzice.. oni nie żyją.
Ale twoja siostra ma się dobrze. Adoptowała ją jakaś kobieta o nazwisku Drake, jest porucznikiem w korporacji Bokamba/Mercer - podała mu wydruki
- Moi rodzice nie...to powinno boleć, ale tak nie jest. Opuścili mnie dawno temu. Ale moja siostra, muszę ją odsz..hej, zaraz! Zabiłaś mnie? - zdziwił się patrząc na jedną z kartek które trzymał w dłoniach
- Kiedy ktoś nie żyje, nikt się nim nie przejmuje. Gliniarze nie będą cię ścigać za zbrodnie popełnione przez jakiegoś truposza..
- Dobra, masz rację. Chociaż ciężko mi będzie teraz dostać nowe papiery. Ale nie narzekam, i tak jestem teraz w lepszej sytuacji niż jeszcze kilka godzin temu. Dziękuję, naprawdę...więc co mogę dla ciebie zrobić, siostrzyczko?
- Czy możesz teraz skontaktować mnie z twoim przyjacielem?
- Ach..tak, nie ma sprawy. Idź do doków Newport, znajdziesz je na obrzeżach miasta, nie ma tam żywej duszy odkąd przestali używać statków do transportu towarów. Przejdziesz przez teren stoczni i dojdziesz do wielkiego garażu, nie można go nie zauważyć, na zewnątrz stoją wielkie tuby.
Zastukaj do drzwi trzy razy i powiedz Burnsowi Flipperowi - ten gość jest trochę walnięty więc nie zwracaj uwagi na to co mówi - powiedz mu że to ja cię przysłałem.
Ja do niego zadzwonię i uprzedzę że przyjdziesz. Powinien mieć informacje których szukasz. Dobra?
- Tak..doki, wielki garaż, Burns Flipper. Dzięki Warren, muszę już iść..- pożegnała się i opuściła Warrena, zostawiając za sobą w końcu ponure centrum miasta i jadąc na same obrzeża.
Tak jak powiedział jej Hughes teren był całkowicie opuszczony, a na końcu placu stał ogromny garaż.
April podeszła niepewnie i zastukała w bramę trzy razy.
Nie minęło kilka sekund a z jednej z wielkich tub wydobył się kilkakrotnie zwielokrotniony głos.
- Spierdalaj stąd, ale to już! To teren prywatny!
- Nazywam się April Ryan. Jestem przyjaciółką Warrena, nie dzwonił do ciebie?
- Nie znam żadnej Ryan. Słyszałaś co powiedziałem? Jezu, myślałem że ,spierdalaj' jest na tyle jasne że każdy zrozumie..
- Tak, ale...
- Jesteś z korporacji, co? Od razu rozpoznał bym taką jak ty!
U mnie wszystko w porządku, żadnego trefnego towaru, pozwolenie dostałem dwa tygodnie temu a na kontrolę trzeba się umówic, zadzwoń do mnie później.
- Mógłbyś się na chwilę zamknąć?
Jestem April Ryan, jestem przyjaciółką Warrena który podobno jest twoim kumplem, i dzwonił do ciebie żeby mi oddać przysługę. Czy to ci coś mówi?
- Myślisz, że nie wiem jakie sztuczki stosuje korporacja? Nie na darmo codziennie słucham waszych rozmów przez satelitę...ciąg się, mała.
- O ty wredny draniu! Nie sądzisz że gdybym przyszła cię tu aresztować to z całym oddziałem uzbrojonych gliniarzy?
- Może i masz rację.. April Ryan, co? Psiakość, mój kanał z Warrenem i tak jest solidnie zakodowany, żaden cholerny haker go nie rozgryzie..
- Więc cały czas wiedziałeś kim jestem? Jesteś psycholem czy jak? - wykrzyknęła zbulwersowana i pokręciła głową.
- No pewnie, mała...moment - westchnął i otworzył jej bramę.
Ryan weszła do środka i przeszła przez długą halę aż do niedużego włazu, który prowadził na dół, aż do ,kwatery' Flippera.
Pomieszczenie wyglądało niczym wnętrze jakiegoś tajnego laboratorium, gdzie nie spojrzeć stały jakieś urządzenia różnej wielkości i daty, a sam Flipper dopełniał tego obrazka będąc całkowicie łysym, chudziutkim człowieczkiem pozbawionym nóg i wbitym w jakiś fruwający fotel.
- Dzień dobry! Czy to ty jesteś Burn...
- Jak tu zeszłaś? Kim do cholery jesteś? - zbulwersował się i podleciał bliżej
- Rozmawialiśmy dosłownie kilka chwil temu, jestem przyjaciółą Warrena, April!
- Jakiego Warrena, nie zn...aa Warrena, Ognistej Jaszczurki, Zeek'a. To dobry dostawca towaru. Flipper go lubi. Bardzo lubi...nieważne, czego do cholery chcesz?
- Potrzebuję pewnych informacji. Warren uważa że jesteś najlepszy jeśli chodzi o ich zdobywanie.
- Ha! Jasne że tak! Jestem królem strumieni danych, cesarzem informacji! - napuszył się jak paw, nie spuszczając jej z oka - Co chcesz wiedzieć?
- Chcę się dowiedzieć czegoś o pewnym gościu imieniem Jacob McAllen i organizacji zwanej Awangardą albo Kościołem Volteca.
- Niełatwa sprawa..Voltekowie mają najlepsze systemy bezpieczeństwa, są na samym szczycie zasranego łańcucha pokarmowego. Masz dla mnie jakieś konkrety? Coś poza imionami?
- Tu są kobkrety. A przynajmniej taką mam nadzieję - podała mu infokostkę która wyciągnęła z policyjnego archiwum.
Burns odfrunął spowrotem do swoich maszyn, grzebiąc przy nich dość długo, aż w końcu udało mu się coś znaleźć.
- Ja pierniczę...czy ty wiesz z kim ty zadzierasz? Wiesz? Ci goście to jakieś posrane ucieleśnienie antypatii! - wykrzyknął najwyraźniej poruszony i wrócił bliżej April.
- Do rzeczy..co mi możesz powiedzieć o Awangardzie? Jest tam coś o tym gdzie znajdują się ich kwatery i jak się dostać do ich archiwów?
- Zwolnij trochę, wrzuć na luz, wszystko ci powiem, ale najpierw spójrz na tamten ekran - pstryknął przycisk u dołu ekranu, na którym automatycznie pojawiła się postać wysokiego, ubranego w ciemnofioletową szatę mężczyzny, przemawiającego wzniośle z jakiegoś podwyższenia do wiwatujących i oklaskujących go tłumów na dole.
- ...aby się do nas przyłączyli. Musimy wkroczyć w nową erę współczucia i dobrej woli! W erę ekspansji i wzbogacenia! W złotą erę! Zwyciężymy!!
Nasi wrogowie zbyt długo przeciwstawiali się prawdzie! Nie możemy tylko stać i patrzeć jak okłamują i wprowadzają w błąd mieszkańców naszej planety.
Musimy się przeciwstawić, chwycić za broń i walczyć przeciwko naszym ciemiężycielom!
Z natury nie jestem człowiekiem który ucieka się do przemocy. Wy też tacy nie jesteście. Wiem o tym. Ale nadszedł czas, żeby wszyscy ludzie stanęli w obronie tego w co wierzą. Nadszedł czas. Ten czas. Nasz czas!
Zrobimy wszystko żeby chronić siebie i nasze rodziny. Zrobimy wszystko by bronić naszych ideałów przed heretykami. I jeśli będzie trzeba wypowiemy naszym wrogom wojnę!!...- zakrzyknął głośno i nagranie skończyło się wielką burzą oklasków.
- Kto to był? Czy to Jacob McAllen? - spytała April niepewnie
- Ha! A jak myślisz? Pokojowo nastawiony facet, co? Od razu widać kompleks Hitlera. Wplątałaś się w niezłą aferę..ale mi się to podoba.
Spójrz na ekran jeszcze raz - Burns przełączył coś i tym razem na ekranie pojawiło się tylko zdjęcie.
O ile McAllen mógł przynajmniej sprawiać pozory przyjaznej osoby, o tyle o osobie która teraz widniała na monitorze nie dało się tego powiedzieć - trupioblada, pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu twarz rasowego mordercy, łypała na nich groźnie, tak że i odważniejsi dostali by dreszczy na sam ten widok.
- To Gordon Halloway - wyjaśnił Burns - Od razu widać że to chodzące zło, co? Prawa ręka McAllena. Stoi na czele specjalnych oddziałów Awangardy. Ta infokostka to istna kopalnia informacji!
Dysponują agentami wyhodowanymi w probówkach, ich wiedza na temat inżynierii genetycznej przewyższa wszystko co widziałem do tej pory. A widziałem sporo.
Ich największymi wrogami są jacyś goście, których oni nazywają Ojcami albo Radą Kapłanów..nie wiem co to za jedni, ale się dowiem.
W każdym razie ten Gordon miał na początku objąć jakąś ważną funkcję religijną w Radzie Kapłanów, miał być czymś w rodzaju..Dalai Lamy?
Ale Awangarda porwała go zanim do tego doszło, przeprowadzili na nim jakieś eksperymenty, próbowali wykorzystywać swoje ,,moce", cokolwiek to znaczy.
Tak czy tak zarówno dla jednych jak i drugich ten gość jest bardzo ważny, więc kiedy Awangarda go porwała, to się zrobiła z tego duża sprawa.
Teraz gość jest totalnym skurczybykiem, więc lepiej trzymaj się od niego z daleka. Według tych informacji potrafi zabić tylko za to, że ktoś wepchnie się przed nim do kolejki, albo kichnie w jego stronę.
Pewnie zastąpi starego McAllena gdy ten kopnie w kalendarz..chociaż biorąc pod uwagę ich poziom zaawansowania technologicznego to może potrwać parę wieków...
- Dlaczego policja nim z tym nie zrobi, chociaż ma o nich tak wiele informacji? - przerwała mu nagle, wyraźnie poruszona.
- Kto wie? Może to jakiś plan, może próbują przycisnąć ich w odpowiednim momencie. A może te informacje zaginęły w ich całym wielkim systemie.
Fakt jest faktem, że dopóki tacy jak ten Halloway chodzą po ulicach, nikt nie może czuć się bezpieczny. A zwłaszcza ty!
- No dobra, ci goście to niebezpieczne typki i powinnam trzymać się od nich z daleka, ale pomijając to...gdzie znajduje się kwatera główna Awangardy?
- Musisz być albo bardzo odważna, albo bardzo głupia, ale wolę się nie wypowiadać na ten temat. Dlaczego to robisz?
- To bardzo długa historia, może wyjaśnie ci innym razem, naprawdę potrzebuję tych informacji..
- No dobra! Już! Spokojnie. Kościół ma kilka nieoficjalnych kwater tu i ówdzie, ale to tylko fasada. Nie było żadnego konkretnego adresu, ale szybko przekopałem ich sieć i mają powiązania z pewnym przedsiębiorstwem.
MTI. To wielcy goście, prawie tak wielcy jak Bokamba/Mercer. Aż się włos na głowie jeży...ale co się ciekawie składa mam z MTI osobiste porachunki - spojrzał tęsknie na miejsce gdzie powinny znajdować się jego nogi - Teraz będę miał szansę się odegrać.
- A gdzie jest siedziba MTI?
- I tu się pojawia problem. Na Grendel Avenue, to najwyższy poziom Newport, mieszkają tam same grube ryby a domy kosztują setki milionów dolarów, bez karty identyfikacyjnej z pełnym dostępem nawet nie masz co myśleć że się tam dostaniesz...
- A nie możesz mi załatwić tej karty na lewo?
- Ha! Przysługa oddana kumplowi przysługą, ale to nie są tanie rzeczy. Muszę kupić odpowiednio wygenerowany klucz, załatwić czysty autoryzowany blankiet...20 patoli, niżej nie zej...ach, cholerna kupa złomu - trzasnął w swój fotel, który nagle zaczął wirować - Szlag..moduł antygrawitacyjny usmażony na amen, oby Sales się pospieszył z nowym..
- A gdybym załatwiła ci ten..moduł..to załatwisz mi w zamian kartę dostępu?
- Gdybyś znalazła coś co działa i jest w stanie mnie unieść..ha! No pewnie!
April obiecała znaleźć odpowiedni sprzęt i wrócić jeszcze tego samego dnia, pożegnała się i opuściła kwaterę Burnsa i doki.
Choć nie znała się szczególnie na technologicznych nowinkach, dobrze wiedziała gdzie może znaleźć coś, co na pewno pasowałoby do fotela Flippera. A nawet widziała to jeszcze dzisiaj - szczątki rozbitego poduszkowca przed komisariatem.
Wróciła więc szybko na Metro West, w miejsce katastrofy, gdzie na jej szczęście zrobiło się już całkiem pusto - jeden tylko policjant patrolował teren wokół, jednak nieszczególnie uważnie, toteż April z łatwością przedostała się przez blokadę i weszła do wnętrza rozbitego pokładu.
Znalezienie dokładnie tego czego szukała zajęło jej parę dobrych chwil, nie mówiąc już o tym jak bardzo się usmoliła, jednakże w końcu się udało i dumna z siebie dziewczyna wróciła z powrotem do Flippera, który tym razem bynajmniej zrezygnował ze swojej szopki przed jej przyjęciem, a nawet rozradował się wyjątkowo na widok dostarczonego modułu, obiecując że postara się dostarczyć April kartę na wieczór następnego dnia.
Teraz zostało jej tylko podzielić się wszystkim czego się dowiedziała z Cortezem.
Nie wiedziała co prawda gdzie znów dziś może przebywać, ale zaryzykowała sprawdzenie w katedrze, i szczęśliwym zbiegiem okoliczności właśnie tam był.
Mocno zajęty rozmową z Ojcem Raulem nie zauważył nawet jak April weszła, co ta wykorzystała, chowając się za filarem i postanawiając posłuchać ich wymiany zdań.
- ...starając się o poparcie dla ich poglądów. A naiwni Arkadiańczycy biorą to za dobrą monetę, bo Awangarda zapowiada zmiany. A zmiany zawsze przyciągają ludzi..- rzekł Cortez, kręcąc głową z niepokojem
- Nie tylko ludzie. Awangarda wykorzystuje Tyrenów żeby wprowadzić swoje zmiany.
Powiadają że Tyreni nawrócili się na ich religię...
- Ach Tyreni! Tych bestii nie można przekonać gadkami o lojalności, tylko pieniędzmi..pewnie Awangarda obiecała im Północne Krainy, może nawet samą Markurię.
- Tak, to zaczyna wyglądać coraz gorzej. A co z dziewczyną?
- Myślę że ona jednak widziała światło. Nie jest nawet w połowie świadoma tego co się dzieje. Ale to lepiej, nie poradziłaby sobie gdyby wiedziała wszystko..
- Nie martwi cię, że los Równowagi jest w rękach dziecka? Prostej dziewczyny z prowincji?
- Oczywiście. Zrobię co w mojej mocy żeby jej pomóc. Matka też. Ale przyjdzie czas że będzie musiała poradzić sobie sama, a wtedy..kto wie? W końcu to ona jest Wybranką, nikt w to nie wątpi.
Równowaga wie i Równowaga czuwa, a jeśli ona ufa April, to my również powinniśmy.
Ojciec Raul pokiwał głową i pożegnał się z Cortezem, tłumacząc się przygotowaniami do wieczornego nabożeństwa.
April odczekała jeszcze chwilę zanim w końcu wyszła zza filaru.
- To miejsce jest piękne, nieprawdaż? Takie spokojne i uduchowione..- rzekła na powitanie, rozglądając się lekko wokół siebie
- Si. Nie jestem katolikiem, ale i tak przychodzę tu żeby medytować. Albo jak wolisz modlić się. Do wszechświata, do Równowagi, do kamieni w podłodze i do powietrza które nas otacza. Do ciebie i do siebie.
- Co to za religia? Buddyzm?
- To życie señorita, po prostu życie...więc, czego się dziś dowiedziałaś?
Dziewczyna opowiedziała mu ze szczegółami co udało jej się ustalić, mając szczerą ochotę powiedzieć żeby odwdzięczył jej się tym samym.
W końcu skrawki rozmowy którą usłyszała wyraźnie wskazywały na to że Cortez ukrywa przed nią wiele rzeczy.
Powstrzymała się jednak, a gdy skończyła mówić, Cortez wyglądał na wyraźnie zadowolonego.
- Jutro pójdziemy tropem który udało ci się odkryć, dobrze? Jeśli odnajdziemy to czego szukamy, jeśli mają Strażnika albo wiedzą gdzie on jest, będziemy o krok bliżej od zwycięstwa. Ale wciąż musimy znaleźć wejście do jego królestwa.
- Ciągle czuję się taka..bezsilna. Nie rozumiem nawet połowy z tego co do mnie mówisz a co do drugiej połowy to nie mogę powstrzymać się od sceptycyzmu.
- To dobrze. Nie ufaj wszystkim i wszystkiemu. Jeśli w coś nie wierzysz, sprzeciwiak się. Jeśli znajdujesz prawdę, akceptuj ją i ciesz się dobrem, które jest na świecie.
Jutro odszukamy McAllena, wypytamy go i wykorzystamy jego wiedzę jak się da. Następnego dnia przeniesiesz się z powrotem do Arkadii..mamy najwyżej tydzień czasu, ale to powinno wystarczyć. A dziś? Odpręż się, spotkaj z przyjaciółmi.
- Wątpię bym była w stanie odprężyć się po tym wszystkim..
- Tak, za swoją wiedzę płacimy wysoką cenę. Ale spróbuj się zrelaksować, jutro znów zacznie się ciężka praca...ach, spotkamy się tutaj, dobrze? Nie mogę wrócić teraz do Małej Wenecji, szukają mnie..Uważaj na siebie i śpij dobrze - pożegnał się i odszedł, przechodząc przez jedne z drzwi w kościele.
April wróciła natomiast do domu. Przed drzwiami jej pokoju stał Zack, który uciekł gdy tylko ją zobaczył, natomiast w środku siedziała dwójka jej bliskich przyjaciół.
- Charlie? Emma? Co wy tu robicie?
- Zamknęliśmy się tutaj, żeby na ciebie poczekać. Mam nadzieję że nie masz nic przeciwko? - spytała Emma, patrząc na April z niepokojem
- Nie, oczywiście że nie. A tak przy okazji, chyba szpiegował was Zack. Zniknął w swoim pokoju jak tylko mnie zobaczył.
Więc..o co chodzi? Co to za okazja?
- Chcemy wiedzieć co się z tobą dzieje!
- Nic się nie dzieje. O co ci chodzi?
- Nie okłamuj nas, bo to do ciebie niepodobne. Wiemy że coś się dzieje, i nie ma sensu temu zaprzeczać. Trzy razy z rzędu nie było cię przez cały dzień, zachowywałaś się podejrzanie i kręciłaś koło Corteza. A dzisiaj dowiedzieliśmy się, że byłaś sama w Metro Circle. Na miłość boską, April, co się dzieje!
- Nie uwierzylibyście, gdybym wam powiedziała...
- Spróbuj - odezwał się w końcu Charlie - Jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Jestem pewien, że cokolwiek by nie było, możemy ci pomóc..tak czy inaczej.
- Zostałam..wybrana, żeby uratować świat.
Dzieje się coś złego i..nie mogę powiedzieć dokładnie co, ale Cortez jest po stronie tych dobrych i...
- Słuchaj April - przerwała jej Emma - Jeśli masz jakiś dół psychiczny, zrobimy wszystko żeby..
- Boże! Wiedziałam że powinnam trzymać język za zębami! Sama do końca w to nie wierzę więc czemu wy mielibyście uwierzyć...
- Wierzę ci April. Przez ostatnie dni widziałem różne niewyjaśnione rzeczy, a babcia zawsze mówiła mi że na świecie jest o wiele więcej niż to co widzimy.
A pozatym mówisz to ty. Nigdy nie kłamałaś ani nie koloryzowałaś, jeśli ty w to wierzysz, to ja również..i jestem pewien że Emma tak samo uważa.
- Dziękuję Charlie. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Chciałabym powiedzieć więcej, ale chyba nie mogę.
- Rozumiem..może kiedyś..ale jeśli jest coś, cokolwiek w czym mógłbym..moglibyśmy pomóc..
- Właściwie...możecie.
Mam pewne powody uważać że ktoś może chcieć dopaść mnie albo Corteza. Gdybyście zauważyli kogoś podejrzanego w pobliżu i mogli mnie ostrzec..
- Dobrze, będziemy obserwować - zapewnił ją Charlie
- Wieczorem będziemy w barze, gdybyś chciała, możesz do nas dołączyć - dodała Emma - A teraz spać! Przykro mi to mówić ale wyglądasz jak półtora nieszczęścia..
- Cieszę się, że porozmawialiśmy. Dzięki za troszkę.
- Nie ma sprawy, April. Dobranoc - pożegnał ją Charlie i wyszedł razem z Emmą z jej pokoju.
April natychmiast położyła się do łóżka, nie zdejmując nawet ubrań, i zasnęła w mig.
W środku nocy przebudziło ją jednak nagle jasne, fioletowe światło, które rozświetliło cały jej pokój.
Dziewczyna wstała powoli, przetarła oczy i wpatrzyła się w swoją w szafę, bo to właśnie z niej zdawał się bić ten mocny blask.
Podeszła niepewnie blisko, pociągnęła za drzwiczki i...zniknęła.
W tym samym czasie, do kryjówki Corteza wparował nagle oddział opancerzonych, uzbrojonych agentów, a razem z nimi sam Jacob McAllen.
Przywódca Awangardy bez słowa obezwładnił Corteza i wywlókł go z katedry, wsadził do wielkiej furgonetki i odjechał szybko...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz