piątek, 2 czerwca 2017

Rozdział V: Tam i z powrotem

April zbudziła się w końcu po długim, choć szczerze mówiąc nieszczególnie przyjemnym śnie.
W Dole Duchów wciąż było ciemno jak w środku nocy, jednak gdy tylko wyszła na zewnątrz, promyki porannego słońca rozświetliły jej twarz.
Wszyscy Banda najwyraźniej musieli wstać już wcześniej - po święcie nie było śladu a w pobliżu siedział tylko starszy wioski i mały Ben-Bandu..

- Pozdrowienia nowego dnia, April! Dobrze ci się spało w Dole Duchów? - przywitał się radośnie

- Jeśli nie liczyć tych głosów i  zjaw, ostrych kamieni uwierających w plecy i materaca z wilgotnego mchu...nie, niezbyt dobrze

- Więc odwiedziły cię duchy? To zaszczyt że przemówiły do ciebie, April.
Członek starszyzny też chce z tobą rozmawiać. Ja muszę już iść śpiewać w tunelach, dzisiaj rano wreszcie uznali że jestem gotowy by dołączyć do kopaczy - pochwalił się, wyraźnie dumny z siebie - Niech równowaga strzeże cię na twojej drodze, April, zawsze będziesz w moim sercu.

- Cieszę się, Ben-Bandu. A ty w moim.

- Przyjdziesz do nas jeszcze, kiedy twoja podróż dobiegnie końca?

- Spróbuję. Do zobaczenia

Młody Banda popędził do tuneli a April podeszła do starszego wioski, który wyraźnie na nią czekał.

- A więc już wstałaś? Jak ci się spało?

- Tak jak można było się tego spodziewać. Czy słowo ,Bak-Baar' coś ci mówi?

- A więc duchy jednak przemówiły do ciebie - ucieszył się - Miałaś dużo szczęścia. Byli tacy, którzy weszli do dołu i już nigdy stamtąd nie wrócili, a inni spędzili tam noc, ale nic nie słyszeli..
Bak-Baar to wizja ciebie samej, która mówi prawdę na dwa sposoby.
Pierwszy z nich to mroczna prawda, to co o sobie sądzisz, kiedy nie jesteś siebie pewna, albo gdy jesteś na siebie zła.
Druga prawda, to zupełne przeciwieństwo pierwszej. W ten sposób musisz myśleć, żeby osiągnąć szczęście.
Ale duchy przypominają nam, że obie te części są równie ważne, że nie możesz pokochać siebie, jeśli nie zdasz sobie sprawy ze swoich wad.
Posłańcy nigdy nie są ci sami, wiadomości także, ale musisz wziąć sobie ich słowa do serca.

- Duchy powiedziały jeszcze, że moje imię wśród was brzmi teraz...April Bandu-Embata..

- Ta, pomiędzy małymi, która szuka i znajduje...więc naprawdę to ty jesteś tą, o której śpiewamy w naszych pieśniach.
Człowiekiem, który przyjdzie i uratuje nasz świat..i który potem go rozerwie..
Przynosisz naszemu ludowi zarówno dobre jak i złe wieści, nadzieję i rozpacz..nasz świat już nigdy nie będzie taki sam, odkąd się w nim pojawiłaś.
Ale jesteśmy ci wdzięczni, a ja jestem dumny, że cię spotkałem i mogę dać ci to, po co przyszłaś.

- Trafiłam tu tylko dzięki zbiegowi okoliczności, nie przyszłam po nic konkretnego..

- Mylisz się. Oto po co przyszłaś - mówiąc to, sięgnął za siebie i podał April niewielki kamień - To kamień, który dali nam Ojcowie, żebyśmy go chronili aż nadejdzie ten dzień. Był z nami od bardzo dawna

- Ach! To przecież część dysku! - ucieszyła się, przyglądajac się kamieniowi

- A więc wiesz co to jest..przyszłaś po niego, nawet o tym nie wiedząc.
Teraz jednak musisz ruszać w dalszą drogę.
Pamiętaj że to teraz także twoje plemię, i że zawsze przywitamy cię z radością, kiedy się zjawisz.
Niech między palcami twoich stóp zawsze będzie Ziemia, April Bandu-Embata.

- Wzajemnie. Do widzenia.

April nie pozostało nic innego jak faktycznie ruszyć w drogę.
Fakt że tak łatwo zdobyła pierwszą część dysku działał motywująco, jednak wiedziała że jeszcze sporo przed nią.
Już miała opuszczać wioskę, kiedy przypomniała sobie jeszcze o czymś..
A właściwie o kimś, kto w przeciwieństwie do pozostałych, wciąż spał sobie w najlepsze..

- Obudź się!! - zakrzyknęła nad śpiącym, czarnym gadającym ptakiem

- Wyłącz tą wielką lampę, mamusiu..

- To słońce, Kruku. Witaj w świecie żyjących!

- Oo...miałem dziwaczny sen, o jakimś indyku z wielkim tyłkiem, który nosił czerwone buty i ty też tam byłaś, on tam był i..i..może to nie był sen?

- Chyba najadłeś się za dużo jagód przed snem. A my musimy iść. I to już.

- Naprawdę? Nap..Na nich!! - zerwał się na równe nogi - Eehm..możesz jeszcze raz powtórzyć z kim mamy się bić?

- Z pewnym złym alchemikiem, który za pomocą swej magii chce zawładnąć światem.

- No tak. Rzeczywiście. W takim razie ja będę wypatrywał potencjalnych zagrożeń, dobrze? Na przykład..myszy wyjadających ziarno?

- Dobrze, dobrze Kruku - roześmiała się głośno

I tak ruszyli w dalszą drogę.
Opuścili wioskę Banda, przeszli kawałek przez las, potem przez pełne komarów i wszelakich różnych insektów bagna aż w końcu dotarli na miejsce.

Jakkolwiek zły nie był mag, z którym przyszła się zmierzyć April, trzeba było przyznać że miejsce jego zamieszkania, pomijając że wyjątkowo pasowało do wizerunku czarnoksiężnika, robiło wrażenie.
Najwyraźniej niezaznajomiona z grawitacją wielka skała lewitowała lekko nad ziemią, a na jej szczycie piętrzyło się ogromne, ponure zamczysko.
Dziewczyna zeszła ostrożnie w dolinę i podeszła bliżej.
Było tu okropnie chłodno, a ziemia była tu bardzo grząska.
Jak się okazało, skałę przed wzniesieniem się wyżej powstrzymywał kamienny posąg, dzierżący w ręce gruby łańcuch, zaczepiony gdzieś wysoko.
Zastanawiając się jakim sposobem można dostać się do środka, April dotknęła lekko posągu, gdy ten nagle...przemówił!
Bardzo niewyraźnie rzecz jasna, jednak April udało się zrozumieć iż to człowiek zamieniony w kamień i może jej pomóc dostać się na górę, o ile znajdzie sposób by go trochę ,rozmiękczyć'.
April usiadła na dużym kamieniu zrezygnowana.
Nie miała żadnego pomysłu jak mogłaby to zrobić.
Jednak gdy tak myślała nad rozwiązaniem, jej wzrok zatrzymał się nagle na rosnących naprzeciwko kwiatach i owocach.
Zerwała się na równe nogi i już chciała podejść w tamtą stronę jednak napotkała na małą przeszkodę..w tym miejscu ziemia dosłownie już zapadała się pod nogami.
April pozostało więc skorzystać kolejny raz z pomocy swojego skrzydlatego przyjaciela.
Zagrała głośno na malutkim flecie, a Kruk zjawił się chwilę później.

- Brrr...zimno tu. Powinnaś założyć jakiś sweter. Chyba nie chcesz złapać grypy, zwłaszcza teraz, kiedy na twoich barkach spoczywa los całego świata!

- Nic mi nie jest, ale to miło że się o mnie troszczysz - ucieszyła się -  Gdzie się podziewałeś?

- Szybowałem na ciepłych prądach, wypatrywałem to tu to tam..jestem w tym coraz lepszy. Wypatrzyłem cię z co najmniej stu metrów.
Nie na darmo zwą mnie Panem Wiatrów!

- Naprawdę tak cię nazywają?

- Nie, ale na Równowagę, już niebawem zaczną!
Więc...co mogę dla ciebie zrobić?

Poprosiła Kruka, by zerwał jej trochę kwiatów i kilka owoców, rosnących obok, co ten oczywiście uczynił i odleciał chwilę później, obiecując jak zwykle trzymać się blisko.
April natomiast, starła płatki kwiatów z malutkimi jagodami w i tak przygotowaną gęstą papkę zaczęła wcierać lekko w pomnik..

- I jak? Lepiej?

- Llppj..leeepj...tak, lepiej..

- Niestety wątpię by to działało długo. Tak w ogóle jestem April.

- A ja Lorhan. Jestem żeglarzem. Musisz mi pomóc, dłużej już tego nie wytrzymam!
Ten przeklęty alchemik rzucił na mnie jakieś zaklęcie i zamienił w kamień, a potem postawił tutaj żebym był kotwicą i odźwiernym jego przeklętego zamku.
To było prawie 6 pełni temu..

- Stoisz tu od pół roku? - wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia

- To jak cała wieczność! Przeklęta magia, jak słusznie prawi Awangarda..

- Nie będę się teraz o to sprzeczać..jak mogę ci pomóc?

- Nie tylko mnie, April..tam na górze jest jeszcze wielu innych, służących, żeglarzy, kupców i żołnierzi. Wszyscy zostali tu wysłani żeby porachować się z Roperem Klacksem.
Niech będzie przeklęta Równowaga, ten szaleniec wszystkich nas pozamieniał w kamień i uwięził nasze dusze w krysztale, który trzyma w swojej wieży. Czerpie z niego moc, do której nie ma prawa.
Te przeklęte problemy z Równowagą, Awangarda nigdy by do tego nie dopuściła.
Póki rządzi nami jakiś goły strażnik, w wieży gdzieś na drugim końcu świata..

Lorhan złorzeczył tak jeszcze chwilę, póki April w końcu nie przerwała jego wywodu, przypominając mu że papka którą go rozmiękczyła może przestać działać.
Żeglarz ściągnął dla niej schody, i poinstruował jeszcze gdzie powinna szukać kamienia.
April niepewnie weszła do środka zamku..
Wnętrze okazało się być jeszcze bardziej ponure niż mogłoby się wydawać z zewnątrz - potworne rzeźby łypały groźnie z każdego roku, a całe pomieszczenie oświetlały jedynie nikłe płomienie świec.

April szybko zorientowała się również że to swego rodzaju przedsionek a i przy okazji labirynt - w niektórych miejscach brakowało kawałków podłogi, a dziwaczny układ schodów zdecydowanie nie prowadził do dalszej części zamku.

- Skacz! Skacz w otchłań! - rozbrzmiał głos a po chwili złowieszczy śmiech..

- Niech zgadnę..to zły czarodziej Klacks. Oni wszyscy brzmią jak naćpany Ryszard III - skwitowała krótko i zajęła się rozpracowywaniem pokręconego labiryntu.

Zajęło jej to parę długich chwil ale w końcu ustawiła schody i fragmenty podłogi w prawidłowy sposób, torując sobie drogę do właściwej części zamczyska.
Tu już było znacznie przyjemniej. A na pewno jaśniej i cieplej - w kominie przy jednej ze ścian płonął wielki ogień.

Nie minęło długo a w pomieszczeniu pojawił się sam Klacks.
Ubrany w kolorową szatę, z siwymi włosami podejrzanie sterczącymi w tył i z szaleńczym błyskiem oku, idealnie dopełniał wizerunku złego maga.

- Mhahahaha...- roześmiał się w swoim stylu i zatrzymał się kawałek od April - Nareszcie! Już myślałem że nigdy nie przejdziesz przez mój labirynt..
Witaj w moim skromnym domu. Podoba ci się? Wybudowali go, według moich wskazówek, najlepsi architekci w całej Arkadii.
Potem zrobiłem z nich stałe, i co tu dużo mówić, całkiem atrakcyjne ozdoby...ach! Gdzie moje maniery. Jak już na pewno wiesz, nazywam się Roper Klacks. A ty jesteś...?

- Wypuść swoich więźniów i uwolnij wiatr!! - zakrzyknęła, ignorując pytanie

- A cha cha..alem się uśmiał! To dopiero zabawne. Czemu jesteś taka zszokowana? Dobrze znam twój świat..samochody, statki kosmiczne, telefony...wenezuelskie telenowele...
Widzisz, mam wspaniałe plany na przyszłość..kiedy tylko Awangarda wygra tę swoją destrukcyjną gierkę..
A co do ciebie, April Ryan..tak, doskonale wiem kim jesteś..to  zanim odbiorę ci duszę i zamienię w kamień, trochę się z tobą zabawię..

- Dlaczego to wszystko robisz, co?

- Pytania, pytania, pytania! Bo mogę to robić. Bo potrafię, i dlatego że jestem tym kim jestem. Bo byłem głodny i bo czas był po temu odpowiedni!
Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, wstrętne dziewuszyszko!
Wiesz kim byli twoi rodzice? Niee, oczywiście że nie, jesteś za głupia!

- C..co wiesz o moich rodzicach?

- ,,Cierp, młode dziecię".Uwielbiam te słowa. To moja filozofia życiowa. Lubię cierpienie..a zwłaszcza niewinnych dzieci..ich krzyki są takie słodkie, a łzy takie..gorzkie.

- Jesteś prawdziwą gnidą, Klacks. Przygotuj się na śmierć!

- Przygotuj się na śmierć! Ha ha! Same slogany!
No i co chcesz zrobić? Pomyśl o tych, którzy przyszli tu uzbrojeni w oręż i magię, a teraz wszyscy spoczywają zamienieni w kamień..- mówiąc to wystrzelił lekko w jej stronę jakąś kulą światła, chybiając specjalnie tylko o kilka centymetrów - Widzisz? Mógłbym w mig zamienić twoje ciało w popiół. Dalej myślisz że możesz mnie pokonać?

- No cóż..potrafię wyciągnąć królika z kapelusza...

- A ja potrafię wyciągnąć kapelusz z królika! Ha...chcesz mi zaimponować?

- A co powiesz na bardziej odpowiedni pojedynek? Co to będzie za sztuka jeśli pokonasz mnie magią, to nie wygrana, to walkower. Może gdybyśmy wyrównali szanse, potem miałbyś większą satysfakcję że udało ci się mnie pokonać..

- Widzę, że próbujesz mnie przechytrzyć. Ale udało ci się mnie zaintrygować. W takim razie czekam na wyzwanie warte moich możliwości!

April zaczęła więc rzucać  wszelkie wyzwania jakie tylko przyszły jej do głowy, jednak Klacks był niepokonany.
Wygrał z nią w klasy, potem w kółko i krzyżyk, przeliterował dokładnie wszystkie słowa w wyzwaniu ortograficznym,  zacytował z perfekcyjną dokładnością cytaty z książek których tytuły mu podała a nawet zgadł ile April waży.
W końcu dziewczynie został jeden, ostatni pomysł...

- Wyzywam cię na pojedynek arytmetyczny! Przeciwko potędze twojego umysłu, użyję tylko tego małego pudełeczka..- wyciągnęła mały, kieszonkowy kalkulator

- Próbuj, moja droga! Ale to twoja ostatnia szansa, jeśli ci się nie uda, zabiorę twoją duszę..

- Nie ma sprawy. Dobra, słuchaj..49 razy 11!

- Czterdzieści dziewięć razy jedeneście czego..a zresztą..taak, przenosimy jedynkę, dzielimy przez trzy..ale co zrobić z tą piątką? Mniejsza z tym..to nam daje razem...dziewięć! Ha!

- Źle. To pięćset trzydzieści dziewięć. To było łatwe Klacks, nie stać cię na więcej?

- Powiedzmy, że dałbym sobie czwórkę..

- Tym razem dam ci coś łatwiejszego. Sześcset trzy dzielone na trzy!

- Nie doceniasz mnie, moja droga! Pięć tysięcy osiemset sześćdziesiąt siedem i dwie..nie, trzy dziesiąte! A cha cha!

- Aleś palnął, chłopie..to 201. Przegrałeś.

- Daj mi to!! - krzyknął i wyciągnął rękę, a kalkulator przelewitował szybko z dłoni April w jego łapska.

I tak Klacks, śmiejąc się ochryple,  zaczął wściekle obliczać na kalkulatorze wszelkie działania jakie tylko przyszły mu do głowy.
Zaaferował się przedmiotem tak, że aż wypuścił go z rąk i wtedy wydarzyło się coś niewyjaśnionego.
Nim kalkulator dosięgnął podłogi, rozbłysł lekkim światłem i...wciągnął Klacksa do swojego wnętrza.
April była uratowana. Choć..nie do końca.
Chwilę po zniknięciu Klacksa, całym pomieszczeniem wstrząsnęło solidnie. Zamek, razem ze skałą zaczął unosić się w powietrze.
Dziewczyna popędziła szybko na górę, do jednej z wież, gdzie jak mówił Lorhan miał znajdować się kamień w którym zamknięte były dusze wszystkich uwięzionych przez Ropera.
Autentycznie był tam - wielki, połyskujący kryształ, we wnętrzu którego kłębiły się malutkie punkciki światła.
April próbowała rozbić go w zwyczajny sposób, jednak nie przynosiło to żadnych efektów, więc w końcu, zrezygnowana zaczęła grzebać po całym pomieszczeniu, w poszukiwaniu czegoś co jej pomoże. W końcu był to dom maga, musiał mieć coś odpowiedniego.
I tak, po przetrzepaniu wszystkich szuflad znalazła w końcu eliksir który zdawał się móc rozwiązać problem.
Powoli odkorkowała fiolkę, wylała trochę płynu na kamień i...bum! Krzyształ rozpękł się na drobne kawałeczki.
W kilka chwil wszyscy zamienieni w kamień odzyskali swoje dusze i pierwotne formy.
Teraz problemem było już tylko sprowadzić wzbijający się coraz wyżej zamek na ziemię...
April otwarła lekko okno znajdujące się w gabinecie, i zagrała na swoim flecie ponownie, a po dłuższej chwili znów zjawił się Kruk.
Dziewczyna podała mu fiolkę opatrzoną etykietką ,,Eliksir Wiatru" i poleciła by wylał jej zawartość wysoko pośród chmur.
Tak więc też Kruk uczynił i wrócił z powrotem niedługo potem, oddając April resztki eliksiru.
Zamczysko w końcu zaczęło opadać niżej i lecieć w kierunku Markurii...aż w końcu wylądowało, nieopodal lasu w którym znajdowała się wioska Banda.
April zabrała jeszcze kilka innych magicznych mikstur, stwierdzając że mogą się jeszcze przydać i w końcu opuściła w końcu okropny przybytek Klacksa, biegnąc prosto do portu.

- Kapitanie Nebevay! - zakrzyknęła na powitanie - Pamiętasz naszą umowę, prawda?

- Hmm...możesz mi powiedzieć o co w niej chodziło?

- Umówiliśmy się, że gdybym pokonała Ropera Klacksa i sprowadziła wiatr, zabierzesz mnie na Alezję.

- No pewnie, w dniu kiedy zobaczę jak dziewczyna pokonuje takiego potężnego alchemika jak Klacks, zwerbuję ją jako swojego nawigatora..

Na te słowa April po prostu wyjęła mały flakonik z kieszeni i ulała trochę. Natychmiastowo nastąpił wielki podmuch wiatru.

- Słodki Jaalu...naprawdę umiesz okiełznać potężną magię! Podzielisz się tym z nami? Moglibyśmy szybko zapłynąć do Ge'en, zabrać pełną ładownię jabłek i wrócić, zanim ktokolwiek zorientowałby się co jest grane..!

- Nie ma sprawy, jeśli zabierzesz mnie na Alezję, tak jak obiecałeś.

- Przeklęta niech będzie Równowaga, kobieta na pokładzie...nie wiesz że Jaal zabronił kobietom przemierzania fal?

- Dla mnie to tylko kupa seksistowskich bzdur. Ale wybór należy do ciebie. To ja mam wiatr w kieszeni, więc może w końcu nauczysz się traktować kobiety z szacunkiem.

- Dobra, już..dobra, przyjdź tu wieczorem z nawigatorem.
Sam do końca nie wierzę w to co wygaduje ten pijany prorok Mo'Jaala..

April nie miała co prawda pomysłu gdzie miałaby znaleźć brakującego członka załogi, ale postanowiła odwiedzić oberżę, w której ostatnio spędziła noc.
Miała tam dostarczyć ostatnią przesyłkę od handlarza map i przy okazji mogła spytać Benrime.
Jak się okazało, znów miała wyjątkowe szczęście trafić w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie.
Tun Luiec, której April miała dostarczyć mapę, wdała się z nią w rozmowę, podczas której okazało się że kobieta jest nawigatorem.
Zważywszy jednak na panujące w Markurii obyczaje, miała problem ze znalezieniem zatrudnienia, toteż mapa była jej potrzebna by dostać się do krain, gdzie byłoby to łatwiejsze.
Uradowana April poprosiła by Tun jednak została, obiecując że ma dla niej pracę i prosząc by zjawiła się wieczorem w porcie.
Wszystko w końcu było dopiętę na ostatni guzik.

Przed wypłynięciem w morze, April postanowiła jednak jeszcze raz porozmawiać z Tobiasem.
Miała w końcu jeszcze parę chwil w zapasie, a i nie zaszkodziło przecież odwiedzić jej Minstrum - nuż miałby jeszcze jakieś wskazówki dla niej.
Mijając targowisko, na którym oddała jeszcze listę przesyłek poirytowanemu handlarzowi, w końcu dotarła do wielkiej wieży pośrodku miasta, tym razem zastając Tobiasa zapatrzonego w wymalowane na ścianach świątyni freski.

- Wróciłaś już ze swej wyprawy na północ? - zapytał, odrywając wzrok od malowideł - Dobrze znów cię widzieć. Niepokoiłem się o ciebie.

- Naprawdę się o mnie martwiłeś? To miłe. I wiesz co? Udało mi się nawet skopać tyłek jednemu alchemikowi. Założę się, że nie sądziłeś, że będę w stanie to zrobić, co? - odparła, wyraźnie dumna z siebie.

- Zatem przegrałaś zakład. Wiedziałem, że tak będzie, w końcu jesteś...- urwał na chwilę - Martwiłem się z powodu problemów na zachodzie..

- Zaraz zaraz, dokończ..kim jestem?

- Wybacz mi, że miałem pewne obawy, April. Powinienem ci od razu zaufać.

- Odnośnie czego..?

- Odnośnie prawdy. To ty jesteś tą, która będzie nas strzec przez tysiąc lat. Ty jesteś Równowagą, a ona jest tobą. Ty jesteś tą, której przeznaczeniem jest ten najcięższy ze wszystkich obowiązków..
Jesteś przyszłym strażnikiem, April. Trzynastym Strażnikiem Równowagi.

- N..nie..to kłamstwo..niemożliwe..nie mogę być twoim strażnikiem..

April była wyraźnie wstrząśnięta tą perspektywą.
Tysiąc lat w jakiejś wieży? Miała tyle planów, przyjaciół których miała już nigdy nie zobaczyć..zdecydowanie nie chciała przyjmować tego do wiadomości.

- To przesądzone. Miałem niestety pewne..wątpliwości. Popełniłem błąd, ale teraz wszystko jest pewne.

- Przeklęty Cortez! Nic nie mówił o..gdybym wiedziała to nie przybyłabym..nie wiem co bym zrobiła..ale na pewno nie pojawiłabym się tutaj..

- Może nie wiedział, a może wiedział, ale sądził że mądrzej będzie ci tego nie mówić.
Ale ja ci to powiedziałem, ponieważ nie możesz tu zostać. Jesteś zbyt cenna. Musisz odejść.

- Nie chcę nigdzie odchodzić..chcę..

- Musisz, April. W chwili gdy rozmawiamy, Tyrenowie gromadzą siły na granicy Ayrede. Wróć w przyszłym tygodniu. Grozi nam oblężenie, a wtedy nie mogłabyś opuścić miasta.

- W zasadzie to..dziś mam zamiar wypłynąć na Alezję..

- A więc płyń. Wyspy są daleko stąd, a Tyreni nie mają statków.
Zanim jednak wyruszysz, chciałbym ci coś dać.
Szukałem tego przez całą noc w Enklawie..sporo kurzu się zebrało przez tysiąc lat - wyjął z kieszeni swej szaty spory medalion na wisiorku i podał go April.

- Nie mogę przyjąć czegoś tak cennego, Tobias..

- Nie przyjmujesz tego. Należy do ciebie. Ojcowie mieli go przechowywać do czasu aż zjawi się Trzynasty Strażnik. I oto jesteś. Proszę, weź to..to Talizman Równowagi. Jestem pewien, że pomoże ci, kiedy odkryjesz jego przeznaczenie.
Promieniuje bardzo silną magią.

- Dziękuję, Tobias. Naprawdę to doceniam..choć wolałabym nie musieć go przyjmować..

- Jesteś Strażniczką, dziecko. Czeka cię los chwalebny i straszny zarazem, ale takie jest twoje przeznaczenie. Jeśli je odrzucisz, odrzucisz też naszą przyszłość. Ale ja wierzę w ciebie.

- Tego się właśnie boję..co będzie jak wszystko spartolę?

- Równowaga chroni i daje moc. Zaufaj Równowadze i zaufaj sobie. Do widzenia, April. Szczęśliwej podróży.

April niechętnie pożegnała się z Tobiasem i skierowała się z powrotem do portu.
Wszyscy byli już na miejscu.
Dziewczyna ostrożnie weszła na pokład i pogrążyła się całkiem w myślach, wciąż nie mogąc pogodzić się z wiedzą którą otrzymała.
Załoga skończyła przygotowywać statek i w końcu wypłynęli w morze...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz