sobota, 23 września 2017

Rodział I: Jeden

Szpital w Casablance, 2219 r.

- Podobno każda opowieść, ma początek i zakończenie. W większości przypadków, może to być prawda. Czasami jednak i jedno i drugie, sprowadza się do tego samego.
Nazywam się Zoe Castillo.
Z reguły nie jestem taka blada, ale z reguły też nie jestem w śpiączce.
To mój ojciec - Gabriel. Na całym świecie ma tylko mnie.
Matka zmarła piętnaście lat temu, nie mam też rodzeństwa..będzie bardzo samotny, gdy mnie zabraknie.
Chciałabym ostatni raz z nim porozmawiać, i powiedzieć mu że będzie dobrze. To jednak byłoby oczywiste kłamstwo...mogłabym powiedzieć jedynie ,,Żegnaj".
Leżę w tamtym łóżku, ale mówię do was stąd. To się chyba nazywa przebywanie poza ciałem. Nie wiem, czy ktokolwiek mnie słyszy...ostatnio jednak zetknęłam się z kilkoma głosami zza grobu, co mi więc szkodzi spróbować.
Dzieją się złe rzeczy. A wszyscy, którzy znają prawdę, już nie żyją albo zapadli się pod ziemię. Gdybym tylko mogła do kogoś dotrzeć..może dałoby się coś jeszcze zrobić...
Jeśli mnie słyszysz, słuchaj uważnie...to bardzo, bardzo ważne. To może być najważniejsza sprawa w historii.
Musisz mi wybaczyć, że zacznę od wyświechtanego frazesu.
Cała sprawa, zaczęła się gdy...

Dwa tygodnie wcześniej

- ...błądzić jest rzeczą ludzką, wybaczać krowią - zaśmiał się prezenter wiadomości i przybrał po chwili poważną minę - Jako przyczynę karambolu, w którym wykoleił się miejski ekspres, podano Zakłócenia. W wypadku zginęła jedna osoba, pięć zostało rannych...

Zoe złapała leniwie za pilot i zaczęła zmieniać kanały.
Nie miała na dziś żadnych planów, toteż zamierzała spędzić ten dzień w łóżku, przed telewizorem, nie przebierając się nawet z nocnego stroju.
Po przejrzeniu wszystkich dostępnych programów, westchnęła ciężko, stwierdzając że nie ma nic ciekawego i wróciła z powrotem do oglądania wiadomości.
Nagle jednak obraz się zatrzymał, stał się niewyraźny, aż w końcu zmienił się całkiem.
Na wielkim ekranie widniał teraz jakiś ponury, zimowy krajobraz, z równie przerażającym, starym domkiem w tle.
Po chwili pojawiła się jeszcze mała dziewczynka.

- Znajdź ją. Ocal ją. Znajdź ją...- powiedziała i zniknęła, a obraz wrócił do normy

- C..co to było? - wytrzeszczyła oczy i wstała, przyglądając się z niepokojem telewizorowi.

- Zoe, masz wiadomość - odezwał się nagle pluszowy, fioletowy gorylek stojący zaraz obok łóżka.

Wonkers, bo tak miał na imię pluszak, był właściwie interaktywną zabawką, inteligentnym robotem a przy tym i dobrym przyjacielem Zoe.
Dziewczyna sprawdziła swój telefon i westchnęła  - okazało się, że kolejny raz zapomniała o treningu i jeśli się nie pospieszy znów będzie spóźniona.
Ubrała się więc naprędce i zeszła szybko na dół, do kuchni.
Jej tata pił właśnie kawę, będąc jeszcze w szlafroku nocnym, co było dość niecodziennym widokiem.

- Tata? Ty wciąż w domu? - zdziwiła się Zoe

- Dopijam kawę. Wyruszam o pierwszej, więc postanowiłem sobie trochę pospać..

- Wyjeżdżasz? Gdzie?

- Rozmawialiśmy o tym przecież, Zoe. Wyjeżdżam do Bombaju, w interesach.
Podpisujemy tam kontrakt z nową firmą biotechnologiczną i muszę dokonać oceny placówki..

- Aa...no tak, Bombaj. Ale czy to nie miało być..zaraz dziś mamy czwartek? Nawet nie wiem jaki mamy dziś dzień, okropne..

- Przynajmniej wstałaś przed południem, to już coś - zaśmiał się Gabriel - Jakieś plany na poranek? A raczej..jego nędzną resztkę?

- Hm...idę na trening, a potem..skoro pytasz, mogę wieczorem urządzić małe przyjęcie? A właściwie to nasiadówę, nic wielkiego..

- Od kiedy to potrzebujesz mojej zgody, co?

- Po prostu umiem z tobą postępować, tato - uśmiechnęła się - Wiesz, dla córki to ważna umiejętność...muszę już iść, trening.
Kiedy wracasz z tego Bombaju?

- Może to trochę potrwać, w zależności od tego jak będzie szła inspekcja.
Pozatym mam tam do załatwienia jeszcze...inną sprawę.
Dzwoń w razie czego, jeśli nie odbiorę od razu, oddzwonię później.

- Dobrze, tato. Naprawdę muszę już iść, udanej podróży! - pożegnała się Zoe i wyszła z domu, na skąpane w słońcu uliczki miasta.

Casablanka była jednym z tych miejsc, które nie straciły, a jeszcze zyskały na Awarii, katastrofalnych w skutkach wydarzeniach sprzed dekady.
W ciągu kilku lat przybyło tu wielu wpływowych ludzi z różnych części świata, toteż miasto rozwinęło się szybko i stało jednym z piękniejszych, bezpiecznych i przyjaznych miejsc na Ziemi.
W szczególności obrzeża, gdzie zresztą mieszkała sama Zoe, były wyjątkowo urokliwe.
Dziewczyna znała tu wszystkie zakamarki i lubiła tą okolicę, choć uważała że jest tu trochę zbyt nudno i pusto.

W drodze na trening Zoe spotkała jedną ze swoich przyjaciółek, właścicielkę małego sklepiku z elektroniką ,,Obcy kot".
Olivia, bo tak miała na imię, wyglądała na bardzo podekscytowaną i chciała jej coś pokazać, jednak Zoe była już naprawdę spoźniona więc obiecała że zjawi się później i pobiegła już prosto na trening.
Jej instruktorka, Jama, nie była oczywiście zachwycona, czemu trudno się dziwić.
Zoe spóźniała się ostatnimi czasy regularnie i..szczerze powiedziawszy nie miała już takiego zapału do ćwiczeń jak kiedyś, tak jak zresztą było i z wieloma innymi rzeczami w jej życiu.
Przećwiczyła kilka ciosów których Jama ją uczyła i postanowiła wrócić do domu.
Opuszczała już salę gdy nagle...jeden z ekranów zawieszonych na ścianie włączył się i dziewczynie ukazał się ten sam, zniekształcony, upiorny obraz co wcześniej w domu.
-...Zoe...znajdź ją, ocal ją. Znajdź April Ryan, ocal..- powiedziała dziewczynka z ekranu.

Po tym ekran zgasł a Zoe, już poważnie zszokowana wyszła w końcu na zewnątrz.
Nie wiedziała o co w tym wszystkim mogło chodzić ani kim mogła być ów April, jednak nie ulegało wątpliwości, że ktokolwiek wysyłał te wiadomości, próbował się skontaktować konkretnie z nią, i najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić.
Dziewczyna jednak nie miała okazji się nad tym dłużej zastanowić, bowiem po chwili zadzwonił do niej Reza, jej były chłopak, i poprosił o spotkanie.
Miała zjawić się w Moca Loco, okolicznej kawiarence, toteż tam właśnie teraz podążyła.
Reza już na nią czekał.

-...Rio? Zadzwoń gdy już wszystko zestawisz, spotkałem znajomą. Do usłyszenia - zakończył rozmowę przez telefon i uśmiechnął się do Zoe która usiadła właśnie obok - No cześć, dobrze że już jesteś..

- Hej! Z kim gadałeś?

- Ciebie też miło widzieć..- roześmiał się - Interesy. Ale dobrze wiedzieć, że pewne rzeczy się nie zmieniają..a co u ciebie?

- W porządku. Tata wyjechał dziś do Bombaju, także mam wolną chatę. Zaprosiłam kilka osób na wieczór...tak przy okazji, jeśli chcesz...jesteś oczywiście zaproszony. Możesz przyprowadzić kogo zechcesz, małe spotkanie, nic wielkiego.

- Chętnie, ale niestety jestem zawalony...przez ostatnie trzy doby przespałem może z pięć godzin.

- Ooo, trafiłeś coś dużego! Powiesz coś więcej? - spytała z zaciekawieniem

- Wiesz że nigdy nie rozmawiam o moich śledztwach, to byłoby nieetyczne...i niebezpieczne.
Ale zapowiada się...niesamowicie.

- No dobrze, to mi musi wystarczyć...a wracając, przez telefon mówiłeś, że masz jakąś sprawę, o co chodzi?

- Taak...muszę cię prosić o małą przysługę. Nic wielkiego, potrzebuję tylko żebyś poszła w jedno miejsce i coś dla mnie odebrała.

- Co konkretnie?

- Wiesz gdzie mieści się budynek Seshadri, prawda? Niedaleko stacji Centrum, znajduje się tam laboratorium biotechnologiczne, Jiva. Prowadzi je niejaka Chang. Helena Chang.
Trzeba od niej odebrać paczkę.
Oczekuje mnie, ale nie mogę się tam teraz pojawić, a paczka jest mi potrzebna natychmiast.
Poślę jej wiadomość, że odbierzesz ją zamiast mnie, ok? Nie masz nic przeciwko?

- W porządku. Seshadri, Jiva, Helena Chang, paczka. Jak najszybciej.

- Przynieś ją do mojego mieszkania. Załatwię, żeby Ręka która Gryzie, wypłacił ci stawkę za kilka godzin pracy..

- Kasą się nie przejmuj, wyświadczam ci przyjacielską przysługę - uśmiechnęła się i wstała - No, to czas na mnie. I n ciebie też, interesy czekają. Ściśle tajne..

- No dobrze...dziękuję, doceniam to. A co do imprezy...to znaczy cichego spotkania..jeśli skończę dziś wcześniej, postaram się wpaść

- Byłoby miło! Będę na ciebie czekać, cześć - pożegnała się i poszła w swoją stronę, a zaraz za nią i Reza.

Nie miała zamiaru przedłużać sprawy, zresztą i tak nie miała nic innego do roboty, więc pobiegła od razu w stronę głównej ulicy i wezwała taksówkę, która zawiozła ją prosto pod sam budynek Jivy.
Okolica była dość ponura, kontrastując z kolorowymi uliczkami Casablanki i sprawiając nieprzyjemne wrażenie.
Nie zatrzymując się i nie rozglądając Zoe weszła do budynku i wsiadła do windy, która zawiozła ją na samą górę budynku, prosto do jakiegoś biura.
Stojąca przy biurku i grzebiąca w komputerze kobieta wyglądała na lekko podenerwowaną i bynajmniej nie ucieszyła się na widok dziewczyny, informując ją że budynek jest zamknięty i powinna zgłosić się następnego dnia.
Zoe jednak nie zamierzała odpuszczać.
Gdy usilnie próbowała ubłagać o paczkę, na ekranie za plecami urzędniczki ukazała się jakaś inna kobieta, najwyraźniej uwięziona w windzie, machając do Zoe by jej pomogła.
Niewiele myśląc dziewczyna postanowiła poprosić jeszcze raz, by zdenerwowana pani poszukała dla niej paczki...i o dziwo, udało jej się w końcu.
Urzędniczka weszła do magazynu, sprawdzając jakieś pudełka a Zoe, wykorzystując jej nieuwagę, zamknęła ją w środku i pobiegła przez inne drzwi na korytarz.
Nie musiała długo szukać - uwięziona kobieta znajdowała się dokładnie na tym piętrze, a przy windzie w której się znajdowała majstrował coś jakiś mężczyzna w garniturze.
Ledwo zauważył Zoe, rzucił się do ucieczki, omal nie przewracając dziewczyny po drodze.
Teraz pozostało tylko uwolnić tą kobietę...pokazywała na jakąś dźwignię obok, toteż Zoe pociągnęła za nią i drzwi windy się otworzyły.

- Dzięki bogu, gaz zaczął się już przesączać..

- C..co tu się dzieje? Kim byli ci ludzie? - spytała wyraźnie roztrzęsiona Zoe

- To nie czas ani miejsce na wyjaśnienia. Szybko, do windy! - pobiegła szybko prowadząc za sobą Zoe do windy i zatrzymując się dopiero przed budynkiem, na zewnątrz - Jestem ci winna podziękowania, za uratowanie życia...ale do rzeczy, kim jesteś i co robiłaś w moim laboratorium?

- Nazywam się Zoe Castillo. Ty jesteś Helena Chang, prawda?

- To niemo...Castillo? - urwała na chwilę robiąc dziwną minę - Rozumiem. Tak, jestem Helena Chang, skąd znasz moje nazwisko?

- Przyszłam odebrać paczkę dla mojego przyjaciela, dla Jerycho. Miał cię uprzedzić że ja przyjdę. Dlaczego zdziwiło cię moje nazwisko? Znasz mojego ojca, Gabriela?

- Nie, ale znałam kiedyś...jednego Castillo. Nieważne. A wiadomość do mnie nie dotarła...to wiele tłumaczy..

- Nie podoba mi się to, ani trochę. Ktoś próbuje cię...zabić. Ci sami ludzie szukają też Rez...Jerycho?

- Nie mam pojęcia. Muszę już iść. Proszę, weź to - wyjęła z kieszeni jakąś małą paczuszkę i podała ją Zoe - To informacje, on będzie wiedział jak je wykorzystać. Jeszcze raz dziękuje za pomoc, nie zapomnę ci tego, Zoe Castillo.

Kobieta podbiegła szybko do jednej z taksówek która przed chwilą podjechała i odjechała szybko sprzed budynku, a zaraz za nią to samo zrobiła Zoe.
Dziewczyna nie mogła uwierzyć w co wplątał się...i ją przy okazji, Reza. Miała zamiar wypytać go o wszystko gdy tylko go spotka, więc gdy tylko wróciła w swoje okolice, od razu podążyła do jego mieszkania.
Zresztą i tak miała tam dostarczyć paczkę.
Gdy jednak weszła na piętro małego apartamentowca, czekała ją kolejna dziś, niemiła niespodzianka.
Drzwi do mieszkania Rezy były lekko otwarte, co zdecydowanie nie było dobrym znakiem.
Zoe ostrożnie i po cichu otwarła drzwi bardziej i weszła do mieszkania.
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało całkiem normalnie jednak...gdy zajrzała za kanapę, doznała kolejnego makabrycznego odkrycia.
Na podłodze leżało ciało jakiejś młodej dziewczyny, azjatki, z jakimś dziwnym urządzeniem przyczepionym kablami do jej głowy.
Zoe już chciała sprawdzić jej puls, kiedy coś odwróciło jej uwagę...kolejny raz tego dnia, na ekranie ukazała jej się tajemnicza dziewczynka każąca jej kogoś ocalić.
Zoe miała już serdecznie dość tego wszystkiego, nie rozumiała ani trochę co właściwie się dzieje...jednak to nie było jeszcze wszystko.
Ledwo zimowy krajobraz zniknął z ekranu, pojawił się na nim obraz z kamery z dołu budynku.
Uzbrojeni i opancerzeni agenci OKA wchodzili właśnie na górę.
Dziewczyna nie zdążyła się nawet poruszyć, gdy z hukiem wparowali do mieszkania, nie dając jej nawet okazji wytłumaczenia i ogłuszając ją jakimś świetlistym pociskiem.
Obudziła się dopiero po kilku godzinach, w jakimś wielkim, jasnym, pustym pomieszczeniu, na twardym krześle.

- Proszę podać nazwisko i numer CID - zabrzmiał głos, dochodzący najwyraźniej z jakiegoś głośnika w ścianie

- G..gdzie ja jestem? Kim jesteście? - rozejrzała się wystraszona w około

- Proszę podać nazwisko i numer CID - powtórzył głos.

Zoe westchnęła ciężko i przetarła oczy, wstając powoli z krzesła i uznając że nie ma sensu się sprzeczać, z kimkolwiek miała do czynienia.

- Zoe Castillo, 44929-601401.

- Adres i zawód?

- Jardin des Roses, 42A, Casablanka, CA 1011. Jestem...bezrobotna.

- Co pani robiła w mieszkaniu pana Temiza?

- Reza...Temiz, poprosił mnie dziś po południu o przysługę. To mój dobry przyjaciel.
Odebrałam dla niego paczkę w centrum i właśnie mu ją dostarczałam kiedy...no wiecie..

- Gdzie konkretnie odebrała pani tę paczkę?

- Firma nazywa się Jiva i ma siedzibę w budynku Seshadri. Nie pamiętam na którym piętrze.

- Kogo pani spotkała w Jivie?

- Helenę...Helenę jakąśtam, nie pam...Chang! Helenę Chang!
Ta Helena ma coś wspólnego z artykułem który pisze Reza..

- Jakim artykułem?

- Nie wiem, nigdy mi nie mówi..wyświadczałam przysługę dobremu przyjacielowi. Na pewno wszystko można łatwo wyjaśnić, Reza nigdy by nikomu nie zrobił krzywdy..

- Jeśli pan Temiz, podejmie próbę kontaktu z panią, proszę nas o tym natychmiast poinformować. Nie wolno pani również bez naszej wiedzy opuszczać Casablanki.
A teraz proszę nam opowiedzieć jeszcze raz, o co dokładnie poprosił panią pan Temiz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz