wtorek, 22 sierpnia 2017

Prolog: Piętno

Świątynia Buddyjskich Mnichów, Tybet 1933 r.

- ,,Stoję na rozdrożu, pomiędzy jawą a snem. Jedna droga prowadzi z powrotem do świata, który za sobą pozostawiłem. Druga...druga prowadzi do miejsca pełnego cieni. Wybór pomiędzy znanym a nieznanym, między pewnikiem a wątpliwości powinien być oczywisty. Każdy rozsądny człowiek, powrócił by do świata, który zna. Zapomniałby o wszystkim czego się dowiedział i dożył swych dni we wspaniałej niewiedzy. Prawdę mówiąc jest już na to za późno - wyboru dokonałem wiele lat temu, gdy rozpoczynałem tę podróż. Nie mogę teraz zawrócić.
Stoję na rozdrożu..ale wybrać mogę tylko jedną drogę.
Pozostawiam za sobą tę opowieść, w nadziei, że kiedyś posłuży komuś innemu za mapę. Ktokolwiek czyta te słowa...powodzenia w podróży. Jeśli postanowisz podążyć moimi śladami, odszukaj mnie. Brian Westhouse.''

Brian zakończył swoją notatkę pokręconym, acz czytelnym podpisem i wstał powoli od biurka przy którym siedział.
Rozejrzał się lekko po pomieszczeniu, które przez ostatni czas służyło mu za sypialnię i wpatrzył się w malutkie okienko, z którego rozpościerał się widok na Himalaje.

- Jesteśmy gotowi, wędrowcze. Wkrótce rozpocznie się twoja podróż, podążaj za mną - wyrwał go z zadumy jeden z mnichów

Podróżnik podażył za nim powoli do ogromnej sali, gdzie wokół wielkiego okręgu pośrodku klęczało kilkunastu kapłanów, którzy w pełnym skupieniu odprawiali jakiś rytuał.
Westhouse musiał poczekać jeszcze chwilę, aż w końcu mnich który go przyprowadził, nakazał mu wstąpić na okrągłe podwyższenie.
Brian zrobił jak mu powiedziano i zamknął oczy, starając się nie myśleć o tym wszystkim co zostawia i o tym co może go czekać.
Choć przez kilka pierwszych sekund nic się nie działo, nagle w kamiennym kręgu zerwał się wiatr, po czym ciało podróżnika zaczęło się unosić i świecić aż w końcu...zniknął, po czym wylądował gładko w jakimś dziwnym miejscu.
Było tu okropnie ciemno i zimno, a jedynym obiektem w pobliżu zdawało się być wielkie drzewo, obok którego, przy ognisku, stała jakaś postać.
Brian podszedł niepewnie bliżej.
Kimkolwiek była ta osoba, nie wydawała się zbytnio przyjazna - wysoki, ubrany w długą, czarną szatę,  cały pokryty dziwnymi tatuażami i dzierżący ogromny kij osobnik, robił raczej przerażające wrażenie.

- Coo? Co ty tu robisz? Nie wolno ci tu być! - rzekł zdenerwowanym tonem, wlepiając swoje świecące ślepia w Briana - To cię dopadnie..

- Ja...nie..gdzie jestem? Co to za miejsce?

- Wracaj, skąd przybywasz! Prędko! Nie możesz tu zostać - wykrzyknął, coraz bardziej zdenerwowany

- Ale ja nie wiem..jak wrócić...

- Już tu jest...coś ty narobił..coś ty narobił...

- Co masz na myśli...? - przeraził się

- Odśnienie...

Tajemnicza istota odsunęła się lekko do tyłu, wpatrując się w jakiś punkt przed siebie, a Brian obrócił się za siebie.
Na niebie formowała się jakaś bezkształtna, czarna masa, rosnąc z każdą sekundą coraz bardziej.
Westhouse zaczął się cofać, nim jednak zaczął zrobić cokolwiek, Odśnienie wystrzeliło w jego stronę, jakby wyciągało do niego ręce i zaczęło go oplatać...

- Nie...nie...Nieeee!!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz