piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział IX: Cienie

April obudziła się dopiero gdy pływające miasto dotarło w końcu do portu w Markurii.
Mroczny Lud najwyraźniej miał jeszcze jakieś inne obowiązki, bowiem dopilnowali tylko by dziewczyna bezpiecznie opuściła ,pokład' i odpłynęli, znikając po chwili za wyjątkowo gęstą tego poranka mgłą.
Pomijając już to w końcu dość zwyczajne zjawisko atmosferyczne, pierwszą rzeczą jaką rzuciła się w oczy April po zejściu do portu był brak jakichkolwiek statków. Właściwie to miała wrażenie że całe miasto było dziwnie opustoszałe, i choć teoretycznie o tej godzinie nie musiało to oznaczać nic złego, April miała złe przeczucia.
Nie mogła jednak przecież tkwić w porcie cały dzień, toteż ruszyła w końcu w stronę bram miasta.
Była już prawie pod samymi murami, gdy nagle rozległ się dziwny dźwięk...a gdy się obróciła, zauważyła wielki, czarny, błyskający wir który jakby znikąd pojawił się na niebie, i który powoli przemieszczał się w jej stronę.
Pamiętała ten wir. Taki sam był w jednym z jej snów, od których to wszystko się zaczęło, tyle że ten był co najmniej kilka razy większy.
Zanim jednak zdążyła się nad tym wszystkim dobrze zastanowić rozległ się kolejny dźwięk i tuż obok niej pojawiło się przejście do Stark.
Mając przed sobą perspektywę zmierzenia się z samym Chaosem, nie myśląc ani chwili dłużej, wskoczyła w tunel...by po chwili wylądować gładko w katedrze na Hope Street.
W końcu z powrotem w domu!

- Kto tam? Jest tu kto..? - rozgległ się głos Ojca Raula

- To tylko ja..- odpowiedziała April, wychodząc zza filaru

- April! Dobrze cię znów widzieć..

- Mi Ojca również. Jest tu Cortez? Pomyślałam że go tutaj znajdę..

- Nie widziałem go już od tygodnia i bardzo mnie to martwi. Wcześniej czasami znikał na kilka dni ale...tym razem mam przeczucie że stało się coś niedobrego. Nie podoba mi się to.

April, pamiętając rozmowę którą podsłuchała przed tygodniem, miała teraz szczerą ochotę zasypać Raula pytaniami, jednak były rzeczy ważne i ważniejsze.
Sytuacja zdawała się być już całkiem poważna.
Dziewczyna pożegnała więc księdza i opuściła katedrę oraz Hope Street, kierując się do metra, którym wróciła do Małej Wenecji.
Nie miała żadnego pomysłu gdzie może być teraz Cortez a chwila odpoczynku i zmiana ubrań wydały jej się w tym momencie dobrym pomysłem, więc bez wahania skierowała swoje kroki prosto do domu.
Kiedy jednak przekroczyła próg budynku, stanęła jak wryta.
Siedząca na kanapie Fiona płakała głośno, chowając głowę w rękach, a po środku pokoju, prawie nieruchomo, stała Emma, blada jak ściana.

- Emma? Fiona..? Co tu się dzieje..?

- Uciekaj, April! Proszę cię, uciekaj..! - krzyknęła Emma, wpatrując się w przyjaciółkę z przerażeniem w oczach - No już!!

- Dlaczego, co tu się...

- Na twoim miejscu, nie słuchałbym jej. Przejdź dalej! - rozległ się jakiś głos ze schodów i po chwili w salonie pojawił się jakiś zamaskowany, ubrany w długą, obszerną szatę człowiek.
Zagrodził drzwi wejściowe i stanął w bezruchu, obserwując wszystkich uważnie.

- Emma, co to za człowiek? Powiedz mi co się dzieje..? - spytała, teraz sama już lekko wystraszona

- On tylko wykonuje moje rozkazy, panno Ryan. Jest tylko sługą. Moim sługą...

Do salonu, powolnym krokiem weszła kolejna osoba.
Wysoki, trupioblady, z twarzą rasowego mordercy i pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem, od którego aż ciarki przechodziły.

- ...miałem nadzieję, że wpadniesz na nasze małe przyjęcie. Ciężko było cię znaleźć. Bardzo ciężko.

- C..co chcesz zrobić moim przyjaciołom? Oni nic nie wiedzą!

- Jeśli będziesz współpracować..nic. A przynajmniej nic poważnego.
Ale jeśli nie będziesz...załatwię twoich przyjaciół. Wszystkich.

- Czego chcesz, co..zaraz, czy ja cię już gdzieś widziałam? Tak..widziałam twoją twarz!

- Nazywam się Halloway. Gordon Halloway. Pracuję dla Jacoba McAllena. Jestem pewien, że słyszałaś o nim.
Kieruje Kosciołem Volteca, znanym też jako Awangarda.
Nalegał na spotkanie z tobą.
Nie było łatwo cię znaleźć...ale też i sama niespecjalnie się ukrywałaś, prawda? Zostawiłaś całą masę śladów w policyjnym archiwum...ten nędzny gnojek..Minelli, tak? Wyciągnięcie z niego zeznań zajęło nam osiem bolesnych godzin, a potem i tak okazało się że nic nie wiedział.

- Zabiliście go..? Zaraz...gdzie jest Cortez?

- Skąd! W przeszłości bywał bardzo przydatny. Małe pranie mózgu i zapomniał o całej tej nieprzyjemnej historii..
A Cortez..został unieszkodliwiony. Niepotrzebnie się wtrącał. Takie zachowanie nie przystoi osobie o jego renomie. Zdradzał tajemnice, a tego bardzo nie lubimy...

April rozejrzała się w około, mając w tym momencie ogromny mętlik w głowie.
Nie mogła narazić innych na niebezpieczeństwo...przyszło jej więc do głowy jeszcze ostatnie pytanie.

- Czego odemnie właściwie chcecie, co?

- Ciebie, i wszystkiego co masz przy sobie. Wiemy o twojej podróży na północ...tak przy okazji, nieźle sobie poradziłaś z naszym przyjacielem, panem Klacksem. Bardzo imponujące.
Oczywiście nie pomijam też, jak sprawnie poradziłaś sobie z Żerlicą...nie była skłonna do współpracy, nie chciała słuchać rzeczowych argumentów, jednak ceniliśmy ją jako wyjątkową staruszkę.
Niestety zgubiliśmy ślad, kiedy wyruszyłaś w morze. Tyrenowie nie czują się zbyt dobrze w wodzie, więc nie mieliśmy kogo za tobą posłać.
Jestem jednak pewien że dzięki szczęściu...i można rzec odpowiedniemu pochodzeniu, udało ci się zdobyć kilka wartościowych przedmiotów, co?
Tak więc...daj mi to co masz i zapomnijmy o sprawie.
Wypuszczę twoich przyjaciół, a potem udamy się na małą...przejażdżkę.

- Dobrze...wypuść ich wszystkich, a wtedy dam wam to co chcecie.

- Jesteś bardzo inteligentną kobietą...ale i tak musimy dać ci nauczkę. Wykończ ją. - wskazując na Emmę, skinął lekko na swojego sługę, który wyciągnął zza siebie jakiś dziwaczny pistolet i wystrzelił do przyjaciółki April.
Emma bez słowa padła na podłogę.

- Co tu się, do cholery, dzieje?! - wykrzyknęła Mickey, wparowując nagle do salonu przez drzwi frontowe.

Oczy wszystkich natychmiast skierowały się w stronę drugiej współwłaścicielki domu.
April wykorzystała więc chwilę nieuwagi i rzuciła się w stronę schodów, ratując się nie do końca przemyślaną ucieczką.

- Heej, April! Gdzie idziesz, nie wiesz że właśnie zaczęła się gra? - zatrzymał ją, już na pierwszym piętrze, Zack

- Jaka gra..co..oni chcą mnie...właśnie zastrzelili Emmę!!

- Co...ale oni mówili...mówili, że nie zrobią nikomu krzywdy..mieli tylko..

- Ty draniu! Sprzedałeś mnie! To..to przez ciebie Emma nie żyje!

- Ja...ja nie...- nie skończył jednak, padając od kolejnego strzału z broni zamaskowanego sługi Hallowaya, który podążył na górę za April.

Dziewczyna przeskoczyła szybko nad jego ciałem i wleciała z impetem do swojego pokoju, zamykając się na klucz.
Sługa Gordona nie miał jednak zamiaru odpuścić i zaczął dobijać się do drzwi, czyniąc to za każdym razem coraz mocniej.
April miała już tylko jedną, jedyną drogę ucieczki.
Otwarła na oścież małe okienko w swoim pokoju i zdając się na szczęście, wyskoczyła, lądując w brudnej wodzie kanału.
Śmierdziała teraz niemiłosiernie, ale biorąc pod uwagę to co mogłoby ją spotkać gdyby nie uciekła, była to akurat drobnostka.
Ostrożnie opuściła kanał i rozejrzała się dookoła.
Placu przed domem pilnował kolejny z sługusów Gordona, więc nie było nawet możliwości by przejść niezauważonym.
April w końcu jednak miała jeszcze jeden flakonik z magiczną miksturą - tym razem był to eliksir niewidzialności - więc łyknęła z fiolki zdrowo i tak, niewidoczna całkiem dla wszystkich opuściła okolice Domu Granicznego.
Stąd chciała pobiec do metra, jednak okazało się że tam również już czeka na nią ,,komitet powitalny".
W końcu przyszło jej do głowy już ostatnie miejsce. Fringe Café. No i tam mógł być Charlie...choć nie była pewna czy jest w stanie spojrzeć mu w oczy, po tym co właśnie się stało.
Ledwo jednak weszła w wąską uliczkę prowadzącą do jej dawnego miejsca pracy, jak znikąd pojawiło się nagle dwoje kolejnych członków Awangardy.
April chciała uciec do wnętrza kawiarenki, jednak z przerażeniem odkryła że z jakiegoś powodu jest dziś nieczynna.
Była w pułapce, a ludzie Hallowaya byli już o krok od niej...gdy wtem otwarły się te tajemnicze drzwi w murze, nad którymi wszyscy w mieście zastanawiali się od dawna
Dziewczyna uskoczyła szybko przed łapskami ludzi Hallowaya i wbiegła w świecące jasno przejście, które otworzyło się w tajemniczych drzwiach.

- Witaj, April Ryan..- przywitała ją starsza kobieta, siedząca w dużym, wygodnym fotelu przy kominku, w całkiem przytulnym salonie.
Zdecydowanie nie mogło to już być Newport.

- Nie będę pytała skąd znasz moje imię, ale...kim ty jesteś? I co to za miejsce? - spytała wyraźnie zaciekawiona

- Teraz mam na imię Lady Alvane. A to..to mój dom. Dom Wszystkich Światów

- Czy to Arkadia? Wyglądało tak jakbym przechodziła przez Tunel ale nie czułam...to nie było jak w Tunelu...

- To było podobne przejście, ale nie przeszłaś przez sny. Nie jesteś ani w Arkadii ani w Stark. To miejsce, znajduje się pomiędzy światami..
Ale nie bój się, jesteś tu bezpieczna.

- Czy to ty mnie tu sprowadziłaś?

- Sama się tu sprowadziłaś. Ale tak, to ja otworzyłam dla ciebie te drzwi

- Ale...dlaczego? Skąd wiedziałaś..?

- Bo taka jest kolej opowieści, April Ryan. Udaje ci się uciec przed tymi którzy cię gonili i twoja podróż trwa dalej. Nie możemy tego teraz zmieniać.

- Lady Alvane, doceniam twoją pomoc, ale mam już dość proroctw i opowieści o moim przeznaczeniu. Straciłam dzisiaj swoją przyjaciółkę i...

- Ona nie umarła - przerwała jej staruszka - Emma żyje. Jest ranna, ale nie umarła..

- Dzięki Bogu! Jesteś pewna?

- Całkowicie. Pojechała do szpitala. Ale inni...Charlie, Fiona..są na ciebie źli. Obwiniają cię o to co przydarzyło się Emmie i za to, że nie powiedziałaś im prawdy..

- Mają prawo mnie obwiniać..- westchnęła ciężko, spuszczając głowę ze smutkiem - Od czasu kiedy to wszystko się zaczęło, zraniłam już tak wielu ludzi, ale wszystko wydawało się takie...usprawiedliwione

- Bo było. Los wielu, zależy od poświęceniu niewielu. A zwłaszcza od twojego poświęcenia. Robiłaś to już tyle razy, a zanim to wszystko się skończy, czeka cię jeszcze wiele wyrzeczeń..

- Nie wiem, czy potrafię to dokończyć...to wszystko staje się takie trudne...

- Posłuchaj mnie, April. Musisz walczyć, musisz być dzielna. Los wszystkich zależy tylko od ciebie. Wiem, że ci się uda. Musisz tylko pamiętać o tym, co jest ważne.
To prawda, ktoś został ranny. Ale to nie znaczy że powinnaś się poddać. Chcę, żebyś udała się ponownie do Markurii, i zobaczyła jak radzą sobie ci, którzy nie chcą odpuścić.
Może ich odwaga cię natchnie..

- Nie mogę tam iść! Nie potrafię sama wykonać Skoku...ciągle słyszę, że mam ten talent, ale to nieprawda. Na co mi on, skoro nie umiem go używać?

- Ależ użyłaś go już dwa razy, April, moje dziecko. Musisz nauczyć się wiary w siebie i w swoje zdolności. Wykorzystaj to, co umiesz robić najlepiej, by skupić swoją magię. Za jakiś czas nie będziesz już tego potrzebować, ale od czegoś trzeba zacząć.

- A co z innymi rzeczami, które muszę zrobić? Co ze Strażnikiem?

- Awangarda trzyma Strażnika w niewoli, ale ciągle nie wiedzą gdzie znajduje się wejście do jego Krainy.
Najpierw udaj się do Markurii. Przeniesiesz się tam, kiedy przejdziesz z powrotem przez te drzwi. Wracając teraz do Stark, zostałabyś złapana przez agentów Awangardy..

- Dziękuję, Lady Alvane. Nie pytam nawet skąd wiesz to wszystko co mi właśnie powiedziałaś...chyba nawet nie chciałabym wiedzieć

- Powodzenia w twojej podróży, April. Będę trzymała kciuki za ciebie.

- Może jeszcze kiedyś się zobaczymy?

- Oo tego jestem pewna. Zupełnie pewna - staruszka uśmiechnęła się tajemniczo, a drzwi za jej plecami otworzyły się ponownie.
April podeszła do nich i po chwili zniknęła w przejściu..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz