piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział XI: Smoki

Ku swojemu niemałemu zaskoczeniu, April wylądowała tym razem w swojej pracowni plastycznej w Akademii.
Obawiała się jednak, że w Małej Wenecji wciąż mogą znajdować się agenci Awangardy, więc postanowiła nie ruszać się z budynku...przynajmniej przez jakiś czas.
Usiadła w fotelu przed płótnem, z niedokończonym obrazem i...wtedy przyszedł jej do głowy jeszcze jeden pomysł.
Jak zapamiętała, Lady Alvane radziła jej by do skupiania swojej mocy używała czegoś co potrafi robić najlepiej...a akurat malowanie można było uznać za taką właśnie rzecz.
Dziewczyna wzięła więc swoją paletę z farbami i zaczęła kończyć malowanie wzgórza, na którym to wylądowała jeszcze ponad tydzień temu we śnie.
Gdy już prawie skończyła, ku jej zaskoczeniu i jednocześnie radości, w płótnie otwarło się przejście, zabierając ją tym razem nigdzie indziej jak właśnie na namalowane przez nią miejsce.
Wszystko było dokładnie takie samo, jakim je zapamiętała.
Z wyjątkiem tylko Białej Smoczycy, która wyglądała jakby od śmierci dzieliły ją zaledwie sekundy...

- April...wróciłaś, dziecko..- rzekła słabym głosem, unosząc lekko głowę

- Och...Matko! Co się z tobą stało? - spytała z troską, widząc ją w tak opłakanym stanie

- Ja...umieram, April..

- A..ale ty nie możesz umrzeć! Jesteś...Matką, Białą Smoczycą! Jesteś..wieczna, prawda?

- Nie jestem wieczna. Nadszedł czas, by nowe zastąpiło stare, aby ziarno przerodziło się w kwiat, a to co uschnięte i szare obróciło się w pył i połączyło z wiecznością. Weź...moje błękitne oko..kryształ..będzie ci potrzebne..

- Ależ nie mogę...dziękuję ci - odparła, biorąc od Matki jeden z kryształów będących częścią dysku i westchnęła ciężko - Ale nie odchodź..proszę

- Jestem zmęczona...wojna z Chaosem odcisnęła na mnie swoje piętno. Chciałabym..zobaczyć jak moje dziecko dorasta...

- Kiedy twój potomek się wykluje?

- Kiedy ja umrę, i zamienię się w pył. Bądź tutaj wtedy, by ujrzeć nową Matkę. Bądź...kim jesteś, April. Nie bój się tego.

- Ale...kim ja jestem?

- Moją...córką. Moją...własną córką..

Jakkolwiek irracjonalnie to nie zabrzmiało, April w głębi serca poczuła, że Smoczyca nie kłamała. W jednym momencie poczuła niesamowitą więź z Matką...i odczuła to bardzo boleśnie
W końcu kiedy wreszcie poznała prawdę, musiała pożegnać istotę, która dała jej życie.
April przysiadła lekko przy Smoczycy i płacząc przytuliła się lekko do jej grzbietu, chcąc choć trochę ulżyć jej w cierpieniach.
W końcu, Biała z Rasy Drakk odeszła, zamieniając się w proch, a chwilę po tym z wielkiego jaja w gnieździe wykluło się jej dziecko.
Malutka Smoczyca wzbiła się lekko w powietrze i opadła do gniazda, przypatrując się April z ciekawością.

- Bądź kim jesteś...siostro? Moja siostra..- pogłaskała ją lekko po główce i odeszła na skraj wzgórza, skupiając się i otwierając kolejny Tunel.

Dziewczyna wylądowała w Katedrze, dumna z siebie, że w końcu udało jej się naprawdę kontrolować swoją moc.
Nie miała już jednak mieć okazji jej używać, w końcu w Arkadii załatwiła już wszystko co powinna - miała pełen dysk, dwa klejnoty, oraz mapę z położeniem wejścia do Krainy Strażnika.
Za to w Stark wciąż pozostało jej jeszcze kilka rzeczy, które bezzwłocznie musiała załatwić.
Opuściła więc szybko kościół i upewniając się że nigdzie nie ma agentów Awangardy, pobiegła do metra, za pierwszy cel obierając sobie doki, a więc Burnsa Flippera.
Flipper wkurzał się trochę, że April kazała mu tak długo trzymać trefny towar u siebie,  ale w końcu wręczył jej zamówioną przez nią kartę pełnego dostępu.
Obiecał również rozszyfrować Gwiezdną Mapę, którą dziewczyna dostała od Mrocznego Ludu, zabierając się za czasochłonne zadanie od razu.
Mając kartę identyfikacyjną, April mogła w końcu dostać się na nawet najwyższe poziomy Newport, co też oczywiście uczyniła gdy tylko opuściła kwaterę Flippera.
Czyste, bezpieczne i ociekające luksusem Grendel Avenue niczym nie przypominało dolnych poziomów miasta.
Choć April miała tu ważną misję do wykonania, nie mogła się oprzeć by nie obejrzeć dokładnie wszystkich wystaw, sklepów i całej reszty, nawet po kilka razy.
Skusiła się nawet by kupić sobie parę nowych ubrań, na które co prawda wydała całe swoje oszczędności, ale zdecydowanie nie żałowała tego zakupu.
W końcu jednak zakończyła swoje zwiedzanie i podążyła prosto do budynku MTI, zwijając po drodze pudełko z całą pizzą, które jak uznała, mogło się przydać.
W końcu chciała się dostać do siedziby jednej z nawiększych korporacji w Newport. I to korporacji rządzonej przez Awangardę.
Recepcjonista który przywitał April na wejściu  był może nieco upierdliwy, ale jednak po małej batalii na argumenty dał się w końcu przekonać i przepuścił dziewczynę do windy, zapewniając że jeśli ta nie wróci zaraz z powrotem, będzie miała spore kłopoty.
Po długiej podróży w górę, winda w końcu zatrzymała się i April znalazła się w biurze samego McAllena.
Jego samego na szczęście tu nie było, więc dziewczyna postanowiła poszperać po pomieszczeniu, mając nadzieję że może znajdzie tu brakujące elementy dysku.
Zajęta do reszty swoimi poszukiwaniami, nie zauważyła jak w końcu przywódca Awangardy wrócił do swojego gabinetu...

- Za nic bym się nie spodziewał, że cię tu zastanę..- powiedział, a April podskoczyła i wpatrzyła się w niego z przerażeniem - Wydałem mnóstwo pieniędzy żeby cię znaleźć, zanim jeszcze poznaliśmy twoje imię...a nawet zanim przyjechałaś do Newport.
A ty po prostu...wpadłaś mi w ręce. Jak mysz w pułapkę.
Szukasz Strażnika, co?
Ale muszę cię zmartwić...nie ma go tutaj. Trzymamy go gdzie indziej, czekając na wskazówki od ciebie. Masz je, prawda?

- Nic ci nie powiem..- prychnęła cicho

- Naprawdę? Jaka szkoda...myślałem że jesteś mądrą dziewczyną, szczególnie biorąc pod uwagę twoje...pochodzenie.
Ale przynajmniej masz przy sobie dysk i dwa klejnoty których mi brakowało - podszedł bliżej, wyciągając lekko rękę

- Mam przyjaciół, i...

- Och, naprawdę? - zaśmiał się głośno - Nie rozśmieszaj mnie, April. Myślisz że twój kumpel Cortez, powiedział ci prawdę?
Albo że przybędzie ci teraz na ratunek, jak jakiś rycerz w lśniącej zbroi?
Wszyscy twoi ,,przyjaciele" tylko cię wykorzystali. Tobias, Cortez a nawet te przeklęte Smoki...niczym się odemnie nie różnią. Absolutnie niczym.

- Różnica polega na tym, że im zależy na ludziach...

- Zależy im na ludziach? To mi na nich zależy. Nie chcę zniszczyć świata, chcę otworzyć granice i pozwolić wypełnić ludziom swoje przeznaczenie.
Ukrywano przed tobą prawdę, tak jak przed wszystkimi innymi...a teraz daj mi dysk i klejnoty, i będziemy mogli zakończyć w końcu tą grę.

- Nic ode mnie nie dostaniesz!

- Mam w tym budynku armię oddanych żołnierzy. To ja rządzę tym miastem. Co planujesz zrobić? Wszcząć zamieszki ze swoimi przyjaciółmi? O Skoku też możesz zapomnieć, ten budynek jest wyposażony w magiczne bariery, które na to nie pozwolą...- podszedł do April blisko, mierząc ją groźnym spojrzeniem

Czy jej się to podobało czy nie, April musiała przyznać że była w potrzasku. Nie miała żadnych szans z McAllenem.
Ponuro skinęła głową i sięgnęła do kieszeni i wyciągając z niej jakiś woreczek.
Podała go McAllenowi i...rzuciła się do ucieczki w stronę windy. Tam jednak drogę zagrodził jej jeden z zamaskowanych ludzi, których miała już okazję poznać.
Przywódca Awangardy zaśmiał się okrutnie.

- Widzisz? Ja przynajmniej cię nie okłamuję, w przeciwieństwie do niektórych twoich wspólników. Nie masz wyboru. Musisz mi dać to, co masz - powiedział i uchwycił ją mocno za rękę, prowadząc do jakiegoś ciemnego pomieszczenia obok i zabierając jej dysk i klejnoty.

- Jesteś chory...

- Bo tworzę własne przeznaczenie, zamiast siedzieć i czekać? Bo patrzę w przyszłość? Co w tym chorego?
Jestem cierpliwym człowiekiem, więc zapytam jeszcze raz. Gdzie znajdują się wrota do Krainy Strażnika?

- A ja jestem cierpliwą kobietą, więc powtórzę ci jeszcze raz...pieprz się! - prychnęła i pokazała mu środkowy palec

McAllen skrzywił się, ale ku zdziwieniu dziewczyny nie zaatakował jej.
Jacob skierował się wolnym krokiem do wyjścia i zostawił ją samą.
April szybko jednak przekonała się, że wcale nie odpuścił...gdy tylko przywódca Awangardy wyszedł, z innych drzwi wytoczyło się niezgrabnie jakieś obrzydliwe monstrum.
Kreatura zauważyła dziewczynę i zaczęła ścigać ją, wymachując wściekle rękami.
April wiedziała że nie ma żadnych szans w starciu z gigantem, więc postanowiła ratować się ucieczką.
Nie mogła jednak przecież biegać po pomieszczeniu w nieskończoność...w końcu wybrała jedyne drzwi, którymi mogła przejść i znalazła się na dachu.
Ledwo zdążyła odetchnąć a potwór znalazł ją i powoli ruszył w jej stronę, prowadząc ją niebezpiecznie na sam skraj dachu...
Wtedy jednak rozbłysło jakieś jasne światło, które uderzyło w kreaturę i zepchnęło ją w dół.
April uskoczyła lekko i rozejrzała się szybko w około.
Przy drzwiach stał nikt inny jak sam Cortez.

- Znalazłaś sobie złe towarzystwo, señorita. Na przyszłość bądź ostrożniejsza..

- Co...a ty gdzie się podziewałeś?

- A co, martwiłaś się?

- Tak! Nie. Znaczy...bałam się że cię..no wiesz, zabili..

- Więc jednak ci na mnie zależy. Ave Maria! Co mam teraz zrobić, żebyś znów nie kazała mi się wynosić?

- Nie żartuj sobie, Cortez. Co masz zrobić? Może...powiedzieć mi w końcu wszystko co powinnam wiedzieć!
Wiesz, podsłuchała twoją rozmowę z Ojcem Raulem, a potem McAllen...

- Jacob McAllen? - przerwał jej jak zwykle, ignorując jej pytanie - On tu jest?

- Był. Wypuścił na mnie to monstrum, żebym mu powiedziała, gdzie znajdują się wrota do Krainy Strażnika.

- Muszę cię stąd zabrać, to bardzo niebezpieczny...! - urwał, słysząc za sobą czyjeś kroki

- A cóż to, rodzinne spotkanie? - zaśmiał się McAllen

- Czułem, że to ty za tym stoisz, bracie. Isut aesa yen-yisss. Ssiat! Awangarda! Nie stać cię na coś oryginalniejszego? - odparł gniewnie Cortez, mierząc Jacoba chłodnym spojrzeniem

- ,I uwięził smoka na tysiąc lat'...już się uwolniłeś, braciszku? Teeye'se yut ay'yin'ess?!

- Kee'ssey!! Nie myślałem, że będziesz chodził wśród ludzi w ludzkim ciele i z ludzkim nazwiskiem..McAllen. Równowaga musiała obejść się z tobą zbyt pobłażliwie.

- To już koniec Równowagi! Stare mury upadną, i nastanie nowa Era. Era Smoków.
Czy ci śmiertelnicy naprawdę tyle dla ciebie znaczą, że już zapomniałeś kim jesteś?
Ciagle jest jeszcze czas...jesteś krwią z mojej krwi, a nasze przeznaczenie leży na szalach wszechświata.

- Daruj sobie te frazesy. Krew z mojej krwi? Nie zauważyłeś że mówisz jak postać z marnej sztuki?

- No cóż...wcale nie będę tęsknił za twoim sarkazmem, bracie. Zawsze byłeś trochę spięty. Tabas!! - krzyknął i rzucił się w stronę Corteza z wściekłą miną.

Cortez i McAllen walczyli zawzięcie, ciskając w siebie różnokolorowymi strumieniami i wrzeszcząc słowa w nieznanych językach.
Zdawało się, że ich moc jest na podobnym poziomie i walka będzie trwać jeszcze długo, jednak w końcu McAllen pchnął Corteza tak, że ten zawisnął nad przepaścią, łapiąc się w ostatniej chwili skraju dachu.
Przywódca Awangardy uśmiechnął się triumfalnie stając nad bezbronnym teraz bratem.
Ku jego zdziweniu, Cortez nagle puścił się lekko i zaczął spadać...ściągając McAllena wąskim jasnym strumieniem za sobą.
W locie, oboje przybrali swoje prawdziwe, smocze kształty i walczyli jeszcze zażarcie, zanim zniknęli całkiem, poza zasięg wzroku April.
Chwilę później, zegarek na ręce dziewczyny przestał bić.

- Cortez...on..nie..Oni wszyscy umierają! A niech to szlag..wszyscy których kocham...wszyscy...- po jej policzkach pociekły nagle łzy.

April była już całkiem załamana i zmęczona tym wszystkim.
Choć tak się starała, wszystko zdawało się pogarszać zanim polepszać. Dziewczyna najchętniej położyła by się nawet na tym dachu i pogrążyła we własnej rozpaczy, wiedziała jednak, że to nie było wyjście z sytuacji.
Wróciła do gabinetu McAllena i zabrała kompletny już dysk, po czym wsiadła do windy i opuściła budynek oraz całe Grendel Avenue.
Pojechała metrem do doków, by odebrać mapę od Flippera.
Tu jednak czekała na nią kolejna niemiła niespodzianka...ekscentryczny haker słaniał się słabo w swoim latającym fotelu, zbryzganym lekko czerwonym płynem..

- April...przepraszam, strasznie przepraszam...oni obiecali że znów będę chodził..oni..

- Kto? I..co tu się stało?

- Halloway...Awangarda..grozili mi..ale..posłuchaj, April. Mapa...odczytałem ją. Oni..wszystko zabrali, ale zrobiłem kopię..tam..na monitorze...

- Nic już nie mów, osczędzaj siły, zaraz wezwę...

- Nie! Umieram..a oni...wsadziliby mnie do więzienia.
Monitor...widzisz ten świecący krzyż? To miejsce..było zaznaczone na mapie...chyba jakaś anomalia, bo nie znalazłem o tym nic...w żadnym banku danych...ale zaraz niedaleko tego miejsca, jest kosmiczny port. Poranna Gwiazda. Jeśli chcesz się tam dostać...leć na Poranną Gwiazdę.
Halloway...miał coś ze sobą zabrać..na stację. Coś ważnego. Słyszałem...

- Strażnik...to musi być Strażnik..

- Ci..ci faceci są niebezpieczni...uważaj, ale...dorwij ich, April..pokaż im...pok..- urwał, i opadł bezwładnie na swój fotel, nie wydając już żadnego dźwięku.

April nie chciała go tutaj tak zostawiać ale tym razem czas naprawdę naglił. Gordon mógł być już w drodze do Krainy, a jeśli udałoby mu się zająć miejsce Strażnika...wolała nawet nie myśleć czym by się to skończyło.
Popędziła z powrotem do Metro Circle a następnie na Grendel Avenue.
Żeby dostać się na Poranną Gwiazdę, musiała zapisać się do programu kolonizacyjnego.
Wiedząc że to wszystko to tylko jedno wielkie oszustwo, a ludzie którzy wylatują, już nie wracają, zmuszani przez korporację do niewolniczej pracy, nie mogła się powstrzymać, by nie rzucić kilku chłodnych komentarzy w stronę uśmiechniętej pracownicy Bokamba-Mercer.
W końcu jednak podpisała wszystkie potrzebne papiery i usiadła w poczekalni, by po kilku godzinach wsiąść na prom i razem z tłumem innych ludzi wyruszyć w kosmos...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz